Porywacz zakpił z agentów FBI. Nie dał się ująć

Czytaj dalej
Fot. ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK
Andrzej Dworak

Porywacz zakpił z agentów FBI. Nie dał się ująć

Andrzej Dworak

Prawie pół wieku po uprowadzeniu samolotu i wyskoczeniu przez porywacza z okupem z lecącej maszyny FBI przyznało, że kończy poszukiwania tajemniczego Dana Coopera.

Uprowadził samolot i zakpił z FBI - Dan Cooper i jedno z najbardziej tajemniczych śledztw w historii USA. 45 lat temu narodziła się legenda nieuchwytnego porywacza, niedawno oficjalnie zakończono jego poszukiwania.

Szeryf Tom McDowell z Clark County w południowo-wschodniej części stanu Waszyngton, żylasty mężczyzna z bokobrodami, spiczastym nosem i długim krawatem zwisającym krzywo i nieco zasłaniającym gwiazdę na piersi, był przekonany, że za chwilę działania jego i współpracowników przyniosą efekt. „Szukamy spadochronu albo dziury w ziemi” - powiedział do reporterów zgromadzonych w lesie wraz z policjantami. Nie miał pojęcia, że niczego nie znajdzie, ale że i tak ten dzień przyniesie jego okolicy większy rozgłos niż wielki pożar lasu w 1902 roku.

Poszukiwanie Dana Coopera w stanie Washington w 1976
Portret pamięciowy Coopera

Mężczyzna podający się za Dana Coopera odebrał przy okienku w międzynarodowym porcie lotniczym w Portland bilet ze swoim nazwiskiem na lot 305 Northwest Orient Airlines do Seattle. W jedną stronę. Wyglądał na 40 lat, miał jakieś 178 do 183 cm wzrostu, 77-82 kg wagi, brązowe oczy. Pasażer ubrany był w płaszcz, ciemny garnitur i białą koszulę z cienkim, czarnym krawatem, w którym tkwiła szpilka z masy perłowej. Żadnych bagaży poza aktówką i papierową torbą. Zapłacił 18 dolarów i 25 centów z podatkiem, po czym oddał się oczekiwaniu na boarding. Wprawdzie te 280 kilometrów do Seattle można by z powodzeniem pokonać samochodem, ale lot był tańszy, a procedura podróżna nieskomplikowana. Bez kontroli, nie trzeba było nawet pokazywać dowodu osobistego, trzeba było tylko wyłożyć pieniądze i wsiąść na pokład samolotu. Tak to wyglądało w dobie najlepszych lat lotnictwa pasażerskiego. Lot do Seattle miał zająć 30 minut.

Był 24 listopada 1971 roku, dzień przed Świętem Dziękczynienia, dzień, w którym wydarzyło się coś, co nie miało do tej pory miejsca nigdzie na świecie. Nie można więc winić szeryfa McDowella, że jego akcja nazajutrz miała dość prosty schemat, ponieważ tego, co się wydarzyło, nie mógł przewidzieć nikt i nikt nigdzie nie miał na to dobrego sposobu, a co dopiero w takim hrabstwie Clark.

Człowiek nazywający siebie Danem Cooperem zajął miejsce 18C w ostatnim rzędzie. O godzinie 14.50 boeing 727 wystartował z Portland. W samolocie było zajętych tylko 1/3 miejsc. Stewardesa Florence Schaffner siedziała podczas startu na dodatkowym miejscu koło tylnych drzwi. Po chwili weszła między fotele. Była niegdyś królową piękności, więc nie dziwiły jej zaloty pasażerów. Kiedy mężczyzna w ciemnym garniturze z 18C zamówił bourbona z wodą sodową, zapalił papierosa i podał jej kopertę, nawet nie przeczytała, co jest w środku, tylko wsadziła do kieszeni. „Lepiej niech pani rzuci na to okiem” - upomniał ją Dan Cooper.

Notatka zawierała wiadomość sporządzoną równym pismem dużymi literami: „Miss - mam przy sobie w aktówce bombę i użyję jej w razie konieczności. Chciałbym, żeby pani usiadła przy mnie. To porwanie”. Schaffner wykonała polecenie i zażądała otworzenia walizeczki. Jej oczom ukazały się czerwone pakunki przypominające dynamit i dwa miedziane przewody połączone z baterią. Dan Cooper nakazał stewardesie, żeby wzięła coś do pisania i podyktował jej swoje żądania. Wówczas, na początku lat 70., latanie nie tylko przeżywało swój szczytowy okres, ale był to również złoty czas porywaczy samolotów. Między rokiem 1968 a 1972 uprowadzono w USA ponad 130 maszyn. Porywanie samolotów było wtedy łatwe , najczęściej motywowano politycznie, a najwięcej maszyn uprowadzonych przez lewicowych ekstremistów lądowało na Kubie.

Stewardesa poszła do kokpitu, a kiedy wróciła Cooper założył ciemne okulary. Od tej pory porywacz komunikował się z załogą w kokpicie za pomocą łączności pokładowej. Pilot William Scott skontaktował się z lotniskiem Seattle-Tacoma. O sytuacji poinformowano policję i władze federalne. Szef Northwest Orient Airlines zadeklarował gotowość spełnienia żądań Coopera - zapłaty okupu 200 tys. dol. (wówczas ogromna suma) - i nakazał wszystkim wykonywanie poleceń porywacza. Kapitan zawiadomił pasażerów, że lądowanie w Seattle opóźni się ze względu na problemy techniczne. Samolot krążył dwie godziny nad zatoką Puget Sound, a w tym czasie policja i FBI przygotowywały pieniądze oraz cztery spadochrony wymienione wśród żądań. Na pasie lotniska pojawiły się samochody służb ratunkowych.

Stewardesa opowiadała później, że Cooper dobrze się orientował w okolicy. W pewnym momencie wskazał na ziemię i powiedział: „Wygląda, że to rzeczywiście Tacoma”. Przy innej okazji wspomniał bazę lotnictwa McChord oddaloną tylko o 20 min lotu. Widocznie obawiał się, że samolot mógł być skierowany właśnie tam. Nie robił jednak wrażenia zdenerwowanego ani kogoś w stresie. Był rozmowny, uprzejmy, zamówił drugiego bourbona z wodą, zapłacił i nie chciał reszty. Zaproponował nawet, że po wylądowaniu zamówi do kabiny obiad dla załogi.

W tym czasie agenci FBI odbierali z licznych banków w Seattle 10 tys. nieoznaczonych banknotów 20-dolarowych. Sfotografowali ich tyle, ile się tylko dało. Poza tym zorganizowali cztery nowe spadochrony, gdyż poprzednie były wojskowe, a porywacz domagał się wersji cywilnych, które można było otwierać ręcznie. Boeing wylądował na Tacomie o 17.39. Pilot William Scott ustawił samolot na jasno oświetlonej części lotniska. Wewnątrz kabiny zgaszono światła, żeby nie ułatwiać zadania snajperom. Miejscowy kierownik linii Northwest Orient Airlines podszedł do samolotu i wręczył stewardesie Tinie Mucklow stojącej na tylnych schodach wysuwanych pod ogonem samolotu - jak w maszynach transportowych - plecak z okupem i spadochrony.

Po dostarczeniu wszystkiego na pokład Cooper pozwolił opuścić boeinga wszystkim pasażerom oraz dwóm stewardesom - w tym Florence Schaffner. Na pokładzie zostali pilot Scott, drugi pilot William Rataczak, technik H.E. Anderson oraz stewardesa Mucklow.

Podczas tankowania Cooper zaznajomił załogę ze swoimi planami - mieli lecieć do Mexico City na wysokości do 3000 metrów z prędkością około 300 km/h. Podwozie miało pozostać nie schowane, lotki opuszczone o 15 proc. a w kabinie nie miało być wyrównywane ciśnienie. Rataczakowi udało się przekonać porywacza, że do Mexico City nie wystarczy paliwa, więc ten zdecydował się ostatecznie na międzylądowanie w Reno w Newadzie. Wszyscy mieli pozostać w kokpicie, komunikacja przez łączność pokładową, Dan Cooper jako jedyny miał przebywać w przestrzeni dla pasażerów. W pewnym momencie zażądał pomocy przy klapie i schodkach w ogonie samolotu. Stewardesa Mucklow poszła na tył boeinga i pokazała porywaczowi, jak je obsługiwać. Wróciła i niedługo po tym w kokpicie zapaliła się lampka: klapę opuszczono. Była 20.13. Minęło trochę czasu zanim kapitan poinformował obsługę naziemną, że w kabinie pasażerskiej są wahania ciśnienia. Zdecydował się też odezwać do porywacza przez głośniki: „Wszystko okay?” Nie było odpowiedzi. Krótko po 22 boeing 727 lot 305 wylądował w Reno. Pierwszy pilot zajrzał ostrożnie do kabiny pasażerów. Była pusta.

Ucieczka
Dan Brown rozpłynął się w powietrzu. Przez jakiś czas boeingowi towarzyszyły w pewnej odległości dwa myśliwce przechwytujące F 106 i maszyna Lockheed T-33 Gwardii Narodowej, ale nikt nie widział, gdzie Dan Cooper opuścił samolot. Natomiast wiedziano jak.

Później śledczy z FBI mówili, że musiał być wariatem lub supermanem, gdyż dokonał rzeczy niebywałej. Miał cztery spadochrony, jeden zostawił nieużywany, drugi rozciął i wziął z niego linki do przytwierdzenia do ciała plecaka z pieniędzmi, dwa pozostałe wziął ze sobą jako spadochron główny i zapasowy. Otworzył tylną klapę ze schodkami i stanął w garniturze i półbutach na opuszczonych schodach 3 tys. metrów nad ziemią przy szybkości 300 km na godzinę… A potem skoczył.

W ciągu kilku następnych tygodni szukało go 1000 ludzi - wśród nich szeryf Mc Dowell. W akcji brały udział samoloty - z cudem techniki szpiegowskiej na czele SR-71, który przeczesywał teren prawdopodobnego lądowania Dana Coopera wyznaczony przez komputer z Fort Lewis Base. Szukały go łodzie - w tym jedna łódź podwodna - i pojazdy lądowe. Nic. Żadnego spadochronu, żadnych pieniędzy ani dziury w ziemi.

Tajemnica

Poszukiwanie Dana Coopera w stanie Washington w 1976
Listo gończy za Danem Cooperem

Pewnie nigdy się nie dowiemy, kim był Cooper i co się z nim stało. W Ameryce, która ma słabość do tych, którzy nie dają się złapać, jego postać urosła do legendy - w miasteczku Ariel w hrabstwie Clark obchodzi się nawet Cooper Day. Ale dla FBI był przestępcą, który naraził życie 40 osób. Początkowo sądzono, że był specjalistą, lotnikiem, pracownikiem lotnictwa, byłym żołnierzem i skoczkiem spadochronowym. Bo skąd niby wiedział, że w boeingu 727 można opuścić tylną klapę w czasie lotu, co m.in. wykorzystywała CIA w Wietnamie. Tego szczegółu Boeing nie zdradzał nawet członkom załogi, bo nie widział powodu, żeby taka możliwość mogła być wykorzystana w czasie normalnego lotu. Poza tym tylną klapę i schodki można było wysunąć osobnym włącznikiem, którego nie można było wyłączyć z kokpitu. Ten typ samolotu miał również tak usytuowane silniki, że skok ze schodków był możliwy.

Potem zwyciężyła teza, że nie mógł być doświadczonym spadochroniarzem, ponieważ jako taki musiałby wiedzieć, że skok w nocy, w deszczu, przy szybkości ponad 300 km na godzinę, bez specjalnego kombinezonu (minus 57 stopni Celsjusza), nad lasem nie dawał wielkich szans na przeżycie. Ale może ubranie Coopera miało sens - jeśli udało by mu się wylądować i dotrzeć do szosy, w garniturze budziłby mniejsze zdziwienie u kierowców, u których szukałby podwiezienia, niż gdyby nosił kombinezon. Natomiast o tym, że nie przeżył, miało świadczyć znalezisko z 1980 roku. Pewien chłopiec natknął się w regionie skoku na brzegu rzeki na 5800 dol. w trzech zniszczonych zawiniątkach. Numery seryjne należały do pieniędzy z okupu. To jedyne banknoty znalezione kiedykolwiek z 200 tys. Coopera.

Po koniec 1971 roku FBI dostarczyło listy z numerami seryjnymi banknotów do banków, kasyn i bukmacherów. Wiosną następnego roku prokurator federalny John Mitchell zdecydował o udostępnieniu numerów banknotów opinii publicznej. Linie Northwest Orient ogłosiły też, że 15 proc. odzyskanej sumy to nagroda dla tego, kto przyniesie pieniądze. Potem do „Newsweeka” dotarły dwa 20-dolarowe banknoty o pasujących numerach seryjnych. Dwaj mężczyźni żądali 30 tys. dol. za opowieść o porwaniu, które było ich dziełem. Numery seryjne i opowieść okazały się fałszerstwem.

Na początku 1973 roku gazeta „Oregon Journal” z Portland opublikowała ponownie numery banknotów i zaoferowała 1000 dol. temu, kto jako pierwszy przyniesie banknot z okupu. Dziennik „Post-Intelligence” z Seattle podwyższył nagrodę na 5000 dol. Wszystko bez rezultatu.

Kanadyjczyk? Żołnierz? Bagażowy? Wujek?
Miejscowa policja i agenci FBI rozpoczęły natychmiast poszukiwania potencjalnych podejrzanych. Jednym z pierwszych, którzy znaleźli się na celowniku stróżów prawa i wydawał się sprawcą, był mężczyzna nazywający się D.B. Cooper i mieszkający w Portland. Czy mógłby być tak głupi, żeby dokonać porwania pod własnym nazwiskiem? Szybko okazało się, że nie. Lecz pewien reporter zwietrzył trop i w pośpiechu popełnił duży błąd - pomylił nazwisko podejrzanego z tym, które podał porywacz, i ta pomyłka poszła w świat. Stąd do dziś porywacz nazywany jest D.B. Cooperem, chociaż prawdziwy Cooper nie użył wcale D.B. FBI podejrzewało, że porywacz mógł znać popularny w latach 70. w Belgii komiks, w którym występuje bohater o nazwisku Dan Cooper będący pilotem testowym kanadyjskich sił powietrznych.

Wśród jego licznych przygód były również takie, które wymagały skoków ze spadochronem. Jednak te komiksy nigdy nie zostały przetłumaczone na angielski ani wydane w USA. Stąd prowadzący śledztwo wysnuwali wniosek, że porywacz poznał je w Europie, gdzie stacjonował jako żołnierz. Być może Cooper był Kanadyjczykiem i komiksy czytał w Europie. Wprawdzie ci, którzy się z nim zetknęli nie stwierdzili u niego obcego akcentu, ale Cooper posłużył się w trakcie żądania okupu nieużywanym w amerykańskim angielskim zwrotem „negotiable American currency”.

Mógł także według FBI służyć w siłach powietrznych i pracować jako bagażowy przy załadowywaniu maszyn transportowych. To by mu dało sporą wiedzę na przykład o specyfice usytuowania klapy w ogonie maszyn. Tu bowiem następował załadunek samolotów wojskowych, czasem tędy dokonywano zrzutu, a obsługa ładunku zawsze miała na sobie spadochron.

A może Cooper miał wspólnika? Prawie 40 lat po porwaniu boeinga 727 lot 305 do Seattle niejaka Maria Cooper powiedział stacji ABC, że porywaczem był jej wujek Lynn Doyle Cooper . Wujek Lynn Doyle i jego brat byli do tego zdolni. Słyszała, jak dzień przed porwaniem snuli odpowiednie plany w domu babci położonym niedaleko miejsca, gdzie porywacz wyskoczył. Mieli też bardzo drogie radiostacje - walkie talkie. Następnego dnia jeden z nich wrócił do domu ranny, pokrwawiony i brudny - powiedział, że miał wypadek samochodowy. A potem słyszała, jak wujkowie mówili, że skończyły się ich kłopoty finansowe. Lynn Doyle Cooper umarł w 1999 roku. Podobno, bo Maria już nigdy go nie spotkała.

Ślady na krawacie
Pod koniec 2007 roku FBI wznowiło badania śladów dzięki nowym zdobyczom techniki śledczej. Odkryto ślady DNA na krawacie. Jednak od początku podchodzono do tych rewelacji z rezerwą, gdyż DNA mogło pochodzić od innej osoby - na przykład od któregoś ze śledczych. W 1971 roku żaden policjant czy agent FBI nie miał pojęcia o takich śladach, więc dowody nie były odpowiednio zabezpieczane i mogły ulec zanieczyszczeniu.

Ciekawsze były wyniki badań uzyskane w 2011. Do badania m.in. krawata zastosowano mikroskop elektronowy, który ukazał na tej części ubioru porywacza różne elementy - wśród nich bizmut, aluminium i czysty tytan. Ten ostatni był w latach 70. rzadkim materiałem, stosowanym m.in. w metalurgii i chemii. To pozwoliło śledczym wysnuć wniosek, że Cooper mógł być chemikiem, metalurgiem, inżynierem lub menedżerem, gdyż tylko oni w takich firmach nosili w pracy krawaty. Najnowsze sposoby dochodzenia też nie przyniosły rozwiązania zagadki.

Naśladowcy i nowa era lotnictwa pasażerskiego
W 1972 w USA doszło do 31 porwań samolotów, w 19 z nich żądano okupu, a w 15 przypadkach sprawcy domagali się oprócz pieniędzy także spadochronów. Niektórym udało się wyskoczyć z łupem, wylądować, ale wszyscy zostali złapani. Natomiast postanowiono utrudnić porywaczom robotę. Przypadek Dana Coopera, historycznie rzecz biorąc, był początkiem końca podróży pasażerskich bez kontroli bezpieczeństwa. Oprócz nich wprowadzono na pokłady uzbrojonych agentów, a tylnej klapy w boeingach 727 nie można było opuszczać w czasie lotu. Kontrole bagażu stały się dokładniejsze. Cooper spowodował też, że kabinę pasażerską można obserwować z kokpitu przy zamkniętych drzwiach. Pojawił się i wywarł wpływ na lotnictwo pasażerskie… Sam jednak pozostał duchem.

Po 45 latach FBI ogłosiło zakończenie bez rezultatu „najdłuższego, najbardziej wyczerpującego śledztwa” w historii biura. Gdyby Dan Cooper jeszcze żył, miałby ponad 90 lat.

Andrzej Dworak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.