Piotr Lisek: Okrzyk jest moim znakiem rozpoznawczym. I tak będzie!

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Jakub Lisowski jakub.lisowski@polskapress.pl

Piotr Lisek: Okrzyk jest moim znakiem rozpoznawczym. I tak będzie!

Jakub Lisowski jakub.lisowski@polskapress.pl

Piotr Lisek może zostać jednym z najbardziej rozpoznawalnych sportowców w Polsce.

25-latek jest już wicemistrzem świata, halowym mistrzem Europy i pokonał poprzeczkę na wysokości 6 m. Należy do elity tyczkarzy. Ale nie tylko same sukcesy zapewniają mu rozgłos. Kibice uwielbiają „fighterów” i „showmanów”, a Lisek kimś takim jest. Gdy przychodzi ważna próba w konkursach potrafi głośno i groźnie krzyknąć. W ten sposób widać, że walczy, że nie pęka przed wysokością.

- Okrzyk to już mój znak rozpoznawczy i zostanie ze mną już na zawsze - mówi.

A po konkursach szaleje z radości. Uśmiecha się od ucha do ucha, swobodnie się wypowiada, lubi żartować. Arena sportowa i związana z zawodami otoczka to jego żywioł.

Mistrzowski ryzykant

Niewiele brakowało, a Lisek podczas MŚ w Londynie zaliczyłby jeden z najsłabszych konkursów w ostatnich sezonach. Spalił dwie próby na 5,65. Trzecią przeniósł na 5,75 i zaliczył. Później skoczył jeszcze 5,89. Próbował walczyć na 5,95, ale tym razem się nie udało. - Musiałem podjął ryzyko, bo nie interesowało mnie czwarte lub niższe miejsce. Wiedziałem, że stać mnie na dużo więcej. Myślę nawet, że byłem przygotowany na te 5,95. Może zabrakło mi jeszcze jednej próby - mówi.

Przed samym występem też było sporo nerwowych chwil, bo zaginęły tyczki. Te same które… zaginęły też po występie w Rabacie dwa tygodnie wcześniej i na które Piotr długo czekał.

- W Londynie byłem zabezpieczony i mogłem skakać na nowych, ale to nie to samo, bo przecież tych nowych nie zdążyłem obcałować, przytulić, a to zawsze jest potrzebne - tłumaczy.

Skakanie na pożyczonym sprzęcie to dla niego nie pierwszyzna, bo na tyczkach Pawła Wojciechowskiego zdobył złoto w HME w Belgradzie, a na tyczkach Siergieja Bubki wygrał Diamentową Ligę w Monaco.

Bez świętowania

Lisek pięknie celebrował sukces z najbliższymi i kibicami, ale szalonej imprezy w hotelu nie było. - Nie było, bo sezon się nie skończył. Czeka mnie jeszcze np. występ na finale Diamentowej Ligi w Zurychu, gdzie przyjadą najlepsi tyczkarze. Będę chciał wygrać te małe mistrzostwa świata. Wiem jednak, że forma może teraz szybko spadać. A wracając do świętowania, to Lisek nie będzie tego robił hucznie. Mam przed sobą wyznaczone cele i do tego chcę dążyć - wyjaśnia.

Brakujący element

Celem nadrzędnym będą igrzyska w Tokio w 2020 r. - Ja wiem, że do igrzysk jeszcze daleko, ale już trzeba mieć jakiś na to pomysł. Plan na pewno będziemy modyfikować, np. w tym roku wprowadzaliśmy zmiany, często ryzykowne, ale to przyniosło dobry efekt - podkreśla Lisek.

Smak olimpiady tyczkarz poznał w Rio de Janeiro, ale tam zajął 4. miejsce. I właśnie medalu z igrzysk brakuje w jego kolekcji. Krążki zdobywał na pozostałych imprezach. Przypomnijmy, że w tym roku został mistrzem Europy w hali.

- Między HME a MŚ na stadionie jest kolosalna różnica, więc srebro z Londynu to mój najbardziej wartościowy medal, a czy najbardziej sentymentalny - zobaczymy w przyszłości - mówi.

Pewną specyfiką tyczki jest to, że w mistrzowskich konkursach „wyskakuje” ktoś zupełnie nieznany. W Rio niespodziewanym mistrzem został Thiago Braz, w Londynie Chińczyk Changrui Xue.

- Na imprezie mistrzowskiej każdy jest dobrze przygotowany i każdy może mieć swój rewelacyjny dzień. W Londynie był nim Chińczyk, będą też następni - uważa szczecinianin.

Ważne przełomy

Na londyńskim stadionie Piotra dopingowała m.in. żona Aleksandra. Przed laty również była tyczkarką i jak sam Lisek podkreśla, fakt, że dobrze zna się na pracy męża ułatwia np. zrozumienie problemów. Nie brak opinii, że małżeństwo mu służy. Pobrali się jesienią 2016 r., a w tym roku były dwa duże sukcesy.

- Żona świetnie znosi moje humorki, gdy zmęczony wracam po treningach. W domu atmosfera potrafi być czasami napięta, ale nie ukrywam, że ostatnie sukcesy to również jej zasługa - podkreśla z uśmiechem.

Była i inna ważna zmiana. Dwa lata temu tyczkarz rozstał się z trenerem Wiaczesławem Kaliniczenką, który doprowadził go do światowego poziomu. A startu kariery Lisek nie miał łatwego. Pięć lat temu napił się odżywki z zabronioną substancją i za brak wiedzy musiał pauzować pół roku. Gdy wrócił - rozpoczął marsz ku szczytom. Dziś jest na topie, razem z trenerem Marcinem Szczepańskim.

- Ja bym siebie tak nie określił, ale... skoro zdobyłem już pięć medali na dużych imprezach to jakiś ślad po sobie już zostawiłem - przyznaje.

I co ważne - Lisek w środowisku tyczkarzy czuje się jak ryba w wodzie.

- W innych konkurencjach sportowcy mniej się lubią, a my tyczkarze jesteśmy jedną wielką rodziną. Pewnie ułatwia nam fakt, że walczymy z wysokością. Kiedyś mówiłem, że dobry skok na wysokości 5,80 może zapewnić medal na dużej imprezie. Teraz konkurencja jest mocniejsza, poziom w górę i trzeba skakać wysoko. Mnie moja życiówka na stadionie absolutnie nie zadowala i będę szykował się na jeszcze wyższe wysokości - zapewnia.

PIOTR LISEK

Urodzony 16 sierpnia 1992 w Dusznikach. Wychowanek Olimpii Poznań, od 2012 reprezentuje OSOT Szczecin.
Jego obecne rekordy życiowe to 6 m w hali (Poczdam, 2017) i 5,89na stadionie (Londyn, 2017). Oprócz sreba w MŚ i złota w HME w Belgradzie w dorobku ma też trzy brązowe medale: MŚ (Pekin, 2015), HME (Praga, 2015), HMŚ (Portland, 2016). Obecnie trenuje go Marcin Szczepański.

Jakub Lisowski jakub.lisowski@polskapress.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.