Anna Folkman

Ona w Szczecinie, a on w Las Vegas. Z pozoru różni, ale z tym samym DNA

W tej chwili Ron jest w mojej rodzinie, oto Ron Wierciak a nie Gross - śmieje się pani Karolina W tej chwili Ron jest w mojej rodzinie, oto Ron Wierciak a nie Gross - śmieje się pani Karolina
Anna Folkman

To była wyjątkowa majówka dla pani Karoliny. Odwiedził ją Ron, jej genetyczny bliźniak. Przyleciał, żeby jej podziękować za uratowanie życia...prosto z Las Vegas. Jest nią zachwycony.

- Powiedziałam Ronowi, że pierwsze dni maja w Polsce są zawsze ładne, pogrillujemy, spotkamy się z rodziną, pojedziemy nad morze. Niestety pogoda nie dopisała - uśmiecha się pani Karolina.

- Kiedy jestem z Karoliną, dla mnie zawsze świeci słońce - prostuje od razu Ron Gross. - Jest moją bohaterką. Teraz już nie ma dnia bez Karoliny. Myślę o niej zawsze. Bo dzięki niej żyję.

To było zadośćuczynienie

Pani Karolina i pan Ron są genetycznymi bliźniakami. Na początku maja spotkali się po raz pierwszy od przeszczepienia szpiku, które miało miejsce 12 lutego 2014 roku. Przez dwa lata nie mogli nic o sobie wiedzieć, więc czekali, choć bardzo chcieli się poznać.

- Uporządkuj swoje sprawy, wyjedź na wakacje i ciesz się nimi. Jeśli jest coś, co chciałeś zrobić w życiu zrób to teraz, usłyszałem kilka lat temu od lekarzy - wspomina Ron Gross. - Wcześniej zdiagnozowano u mnie białaczkę a jedyną szansą na dalsze życie było odnalezienie odpowiedniego dawcy szpiku. Takiego, który byłby moim genetycznym bliźniakiem. Okazało się, że nie ma takiego w całej Ameryce. Mój czas uciekał...

W tym samym czasie w Szczecinie Karolina Wierciak przeżywała rodzinną tragedię. Z powodu nowotworu zmarł jej kuzyn.

- To był taki typ nowotworu, w którym w żaden sposób nie mogliśmy pomóc - wspomina. - Mocno to przeżyłam i po tej śmierci postanowiłam zapisać się do rejestru potencjalnych dawców szpiku w DKMS. Chciałam pomóc komuś innemu. To było niesamowite, bo już po dwóch miesiącach od rejestracji odebrałam telefon.

Akurat była w Berlinie, popsuł się jej samochód, czekała w kolejce w warsztacie samochodowym.

- W słuchawce usłyszałam, że jestem potrzebna. Rozpłakałam się. To stało się tak szybko i było takim moim wewnętrznym zadośćuczynieniem - opowiada.

Zaproszono ją na dodatkowe badania. Pojechała na nie do ośrodka DKMS we Dreźnie. Tam sprawdzono zgodność dawcy i biorcy.

Idealnie dopasowani

- Okazało się, że mogę być dla kogoś idealnym dawcą - opowiada. - To była fantastyczna wiadomość, bo rodzaj nowotworu krwi biorcy wymagał właśnie perfekcyjnego dawcy. Na 10 antygenów potrzebnych do przeszczepienia, mieliśmy spasowanie 10 na 10.

- Kiedy lekarze weszli do sali z wynikami, numerami DNA nagle zatrzymali się i stwierdzili, że muszą się wrócić, bo zapomnieli zabrać wyników dawcy, że to chyba dwie kopie moich wyników - mówi Ron Gross. - Kiedy wrócili stwierdzili, że pomylili się, bo to są wyniki dawcy. Nasze DNA, 6 stron wyników, wszystko jest takie samo.

- Jesteśmy jak bliźnięta, prawda Ron - śmieje się pani Karolina przykrywając delikatnie dłoń Amerykanina swoją.

Wiele razy, kiedy potem przedstawiciele DKMS telefonowali do szczecinianki zawsze pytali, czy jest pewna, że chce zostać dawcą. Okazuje się, że wiele osób na tym etapie rezygnuje.

- Mnie to nie przeszło nawet przez myśl. Przecież ktoś czekał na wiadomość, że jest dla niego szansa na zdrowie, szansa na życie - podsumowuje pani Karolina.

- Była wigilia Bożego Narodzenia, kiedy dostałem telefon - relacjonuje mężczyzna. - „Ron, mamy dla ciebie dawcę” usłyszałem. To mogły być dla mnie ostatnie święta w życiu a tu taka wiadomość, wiadomość jak prezent, którego w życiu się nie dostaje.

- Do Drezna na pobranie szpiku pojechałam sama i sama też wróciłam. Tak wolałam, choć ze Szczecina wspierała mnie cała rodzina. Pobranie polegało na przetaczaniu krwi i wytrącaniu szpiku. Nie trzeba było pobierać go z kości talerza biodrowego. Procedura trwała pięć godzin - wspomina kobieta.

Widzieli się w wyobraźni


W lutym 2014 roku zaraz po zabiegu pani Karolina napisała list, który został przekazany panu Ronowi przez fundację.

- Napisałam, żeby się dzielnie trzymał. Że codziennie się za niego modlę, że dojdzie do siebie dzięki potędze podświadomości, że cały czas wysyłam mu pozytywną energię. Że jestem z nim - opowiada pani Karolina.

- List otrzymałem dwie godziny po przeszczepieniu. Przeczytałem go i poczułem niebywałą więź. Każdemu mówiłem: „Spotkam się z dawcą. Muszę powiedzieć mu dziękuję”. Dlatego dziś jestem w Szczecinie, żeby zobaczyć moją bohaterkę. Ta młoda dama uratowała mi życie.

Mimo że między nimi jest różnica 26 lat, doskonale się dogadują. Urodzili się w tym samym miesiącu, dzielą ich tylko dwa dni. Są podobni w podejściu do życia, charakterze, usposobieniu. By się poznać musieli czekać dwa lata, ale już podczas zabiegów myśleli o sobie.

- Sam zabieg nie był bolesny. Trwał kilka godzin więc miałam czas na przemyślenia. Wyobrażałam sobie wtedy biorcę. Nie znałam jeszcze wieku ani płci, ale wyobrażałam go sobie takim jakim właśnie jest. To niesamowite, ale przed moimi oczami ukazywał się starszy wesoły pan, otoczony na plaży rodziną, w białym ubraniu. To, co jest najlepsze - okazało się, że takie zdjęcie Ron ma w swoim albumie rodzinnym! Obiecał mi, że pokaże tę fotografię.

Ron także był przekonany, że jego dawcą jest młoda kobieta o długich włosach. Nie każdy chce znać swojego dawcę a nie każdy dawca się na to godzi. Z nimi było inaczej. Równo dwa lata po zabiegu oboje siedzieli u swoich opiekunów - pani Karolina w DKMS, pan Ron w Be The Match i czekali na możliwość poznania swoich danych. Musiały minąć dwa lata co do minuty... Pan Ron zatelefonował pierwszy.

- Ron zapraszał mnie do siebie, ale wolałam ściągnąć go tu, by poznała go moja rodzina.

Podczas pobytu w Szczecinie Wierciakowie zabrali Amerykanina do Gdańska, odwiedzili Malbork, grillowali, zwiedzali Szczecin.

- Był też dzień, który spędziliśmy tylko razem, pod przysłowiowym kocem oglądając telewizję czy zdjęcia z dzieciństwa. Ron odpoczywał, ja sprzątałam. Jak rodzina, jak siostra i brat - dodaje kobieta. - Zatrzymał się w wynajmowanym mieszkaniu na tym samym piętrze co ja, dlatego mieliśmy wiele czasu dla siebie.

- Karolina jest jak moja mama - mówi Ron Gross. - Ciągle pyta: „Masz szalik?”, „Wyspałeś się?”, „Najadłeś?”. Martwi się o mnie. Jest wspaniała. Wszyscy tutaj są wspaniali, dzięki nim mam większą rodzinę, mam drugie życie. W USA mam trzech synów i córkę oraz siedmioro wnucząt. Czekam na kolejnego. Cieszę się, że będę mógł go zobaczyć.

Anna Folkman

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.