Ewa Bem: Mimo trudnych przeżyć, nadal staram się o uśmiech

Czytaj dalej
Fot. Karolina Misztal
Paweł Gzyl

Ewa Bem: Mimo trudnych przeżyć, nadal staram się o uśmiech

Paweł Gzyl

Mąż Ewy Bem jest jej największą podporą. Są razem już ponad czterdzieści lat. Może dlatego mimo życiowych nawałnic, nadal udaje się jej zachować pogodę ducha.

Kiedy jej córka Pamela zmarła przedwcześnie pięć lat temu, wydawało się, że nie podniesie się po tym ciosie i już nigdy nie wróci do śpiewania. Stało się jednak inaczej: nagrała płytę koncertową i ponownie stanęła na scenie. Co pomogło? Na pewno leki i terapia, ale też miłość najbliższych. No i dwójka wnuków, którym koniecznie chce przekazać pamięć o ich zmarłej mamie.

– Jestem pogodnym człowiekiem. Mimo trudnych przeżyć, nadal staram się o ten uśmiech. I to w żaden sposób nie deprecjonuje tego, co się wydarzyło w życiu moim i mojej rodziny. To, co przeżyłam i to, co czuję, jest we mnie – w środku. Wiem, że to jest niezbyt popularne teraz podejście, ale uważam, że wszystkim nam lepiej by się żyło, gdybyśmy się do siebie uśmiechali, byli dla siebie życzliwi i mili – mówi w Plejadzie.

Ewa Bem muzykę ma we krwi

Pochodzi z rodziny o muzycznych tradycjach. Jej babcia śpiewała i grała na pianinie. To przeniosło się na mamę, która choć nie występowała, kochała słuchać muzyki. Nic więc dziwnego, że również jej dzieci zainteresowały się śpiewaniem. Najpierw synowie, a potem córka. Ewa już w podstawówce zapisała się do szkolnego chóru i z upodobaniem wykonywała ludowe przyśpiewki.

– W latach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości radio grało bardzo wszechstronnie, na ile oczywiście mogło, bo w niektóre rejony nie zaglądało, jak na przykład w rejony amerykańskiego jazzu. Ale i jazz można było czasami wysłuchać. Niemniej jako małe dzieci byliśmy faszerowani, chciał nie chciał, wieloma gatunkami muzyki. Słuchaliśmy i muzyki ludowej, i Chopina, i arii operowych, i muzyki popularnej, piosenek francuskich, włoskich – wspomina w „Polska The Times”.

Rodzinę utrzymywał ojciec, który był zawodowym muzykiem. Kiedy jego córka miała osiem lat, zostawił najbliższych i wyjechał do Niemiec. Ponieważ mama początkowo z trudem radziła sobie z utrzymaniem całej gromadki, Ewa zaczęła występować na ulicach Warszawy i w miejskich tramwajach, zbierając datki do kapelusza. Była to dla niej prawdziwa szkoła śpiewu, dzięki której wypracowała sobie ekspresyjny głos.

– Miałam szesnaście lat, uczyłam się w liceum Batorego. Któregoś dnia przechodzimy koło klubu Stodoła i mój starszy brat Alek mówi: „Wiesz co, są przesłuchania do grupy bluesowej Stodoła, wpadniemy - może coś zaśpiewasz?”. Starszemu bratu trudno się sprzeciwić, więc wpadliśmy i zaśpiewałam. Osłupiał szef, Alek i trochę ja. Zostałam przyjęta – śmieje się w rozmowie z „Twoim Stylem”.

Wszystko zaczęło się od utworu „Summertime”

Kiedy Ewa zaczęła wykonywać w Stodole słynny utwór „Summertime”, po Warszawie poszła fama o „polskiej Janis Joplin”. Popularność siostry wykorzystał brat Aleksander i zaprosił ją do śpiewania w swej grupie Bemibek, którą założył z pochodzącym z Krakowa Andrzejem Ibekiem. Już pierwsze występy przyniosły jej wielką popularność na rodzimej scenie jazzowej. Gdy Ibek odszedł, zespół zmienił nazwę na Bemibem.

– Jestem artystką, która wychowała się na tak wspaniałych wzorcach profesjonalistów, zawodowców, z których każda artystka była damą, a każdy artysta gentlemanem. Był to świat ludzi, którzy bardzo zawodowo traktowali pracę. Byli zawsze przygotowani. Szanowali siebie i swoją publiczność. Dlatego do dziś traktuję swą pracę z pietyzmem i wyjątkowością – podkreśla w serwisie Nasze Miasto.

Z czasem drogi siostry i brata jednak się rozeszły. Ewa zaczęła solową karierę i szybko zaczęła odnosić wielkie sukcesy. Przebojami stawały się jej kolejne piosenki: „Miłość jest jak niedziela”, „Kolega maj”, „Żyj kolorowo” czy „Moje serce to jest muzyk”. Choć wokalistce udało się zaistnieć na popowej scenie i z powodzeniem śpiewała na festiwalach w Opolu czy w Sopocie, nie zapomniała o jazzie, współpracując nadal z najważniejszymi twórcami tego gatunku nad Wisłą.

– Nagrałam mnóstwo znakomitych piosenek, które stały się evergreenami. Mimo upływu lat, żadnej się dziś nie wstydzę. Zawsze byłam bardzo precyzyjna w doborze repertuaru. Ale robiłam to bez kalkulowania. Nie było w tym żadnego wyrachowania. Po prostu głęboko zastanawiałam się, czy w danej piosence będę się dobrze czuła i czy uda mi się oddać to, czego chcieli kompozytor i autor tekstu – opowiada w Plejadzie.

Miłość niemal od pierwszego wejrzenia

Kiedy jeszcze Ewa śpiewała w Bemibeku, zakochała się w jego basiście Tadeuszu Gogoszu. Wyszła za niego za mąż i kiedy chłopak wpadł na pomysł, aby pojechać grać do Norwegii, rzuciła wszystko i ruszyła za nim. Występy w skandynawskich klubach nie spełniły jednak jej marzeń. Choć na świat przyszła córka pary, której dano na imię Pamela, ostatecznie Ewa rozstała się z mężem i wróciła z dzieckiem do Polski.

Podczas jednego z koncertów w Sali Kongresowej, piosenkarka wpadła za kulisami na przystojnego i opalonego chłopaka. Ryszard Sibilski skończył studia handlowe i wrócił właśnie do Polski z Afryki. Nie miał grosza przy duszy, ale jego urok osobisty sprawił, że Ewa zakochała się w nim niemal od pierwszego wejrzenia. „Był jak prawdziwy Indiana Jones” – śmiała się potem.

Ewa i Ryszard wzięli ślub dopiero po czternastu latach znajomości. Ona zaszła wtedy w ciążę: miała 45 lat i obawiała się, że to może się źle skończyć. Zdecydowała się jednak urodzić dziecko i aż siedem miesięcy leżała w łóżku, aby uniknąć komplikacji. Kiedy na świat przyszła córka Gabrysia, nie posiadała się ze szczęścia. Mała dziewczynka wniosła wiele radości do rodziny Ewy i Ryszarda.

Niestety: w połowie minionej dekady Pamela zachorowała na nowotwór. Walka o jej życie trwała aż dwa lata, ale skończyła się porażką. Ewa nie mogła się długo pogodzić ze śmiercią starszej córki. Tym bardziej, że w chwili śmierci była ona młodą mamą i osierociła dwójkę dzieci. Dzięki wsparciu najbliższych i psychoterapii wokalistka w końcu stanęła na nogi.

– Bardzo brakuje mi Pameli – jej zapachu, dotyku, uśmiechu. To była dziewczyna, która się wiecznie ze wszystkiego cieszyła. Żal mi, że Basia i Tomek nie będą mogli na własnej skórze przekonać się, jak niezwykłą i niesamowitą osobą była ich mama. Jak trochę podrosną, będę starała się im to jak najlepiej przekazać. Cieszę się, że mój zięć Janek je wspaniale wychowuje i dba o to, by pamiętały o mamie – podsumowuje w Plejadzie.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.