Bundeswehra, czyli krajobraz po ciężkiej bitwie

Czytaj dalej
Fot. ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK
Andrzej Dworak

Bundeswehra, czyli krajobraz po ciężkiej bitwie

Andrzej Dworak

Siłami zbrojnymi RFN wstrząsnęły w tym roku dwa poważne skandale, ale i bez nich nie brakuje głosów, że Bundeswehra jest w poważnym kryzysie. Dotyczy on zarówno zdolności bojowych, jak też funkcjonowania armii w czasie pokoju.

Najnowszy kryzys w niemieckim wojsku spowodował poruszenie w mediach i wśród polityków, które sprowadza się do pytania, czy Bundeswehra jest siedliskiem prawicowych ekstremistów. W ubiegłym tygodniu aresztowano żołnierza Bundeswehry, który w toalecie na lotnisku w Wiedniu ukrył pistolet z ostrą amunicją - nie była to jego broń służbowa. Aresztowano go podczas wyciągania pistoletu z szafki sprzątaczy. Podczas przesłuchania w Wiedniu 28-letni oberleutnant Franco A. zeznał, że znalazł broń w krzakach w pobliżu miejsca, gdzie 20 stycznia odbywał się oficerski bal. Zabrał ją ze sobą, ale na lotnisku schował ją w toalecie, żeby nie zostać z nią nakryty podczas kontroli. Potem na lotnisku znaleziono także telefon komórkowy i pamięć USB z plikami audio, na których Franco A. miał się wypowiadać w duchu nienawiści do obcokrajowców.

Podwójne życie oberleutnanta Franka A.
W prawdziwe zdumienie wprowadziła jednak śledczych kontrola odcisków palców oberleutnanta - żołnierz był zarejestrowany w grudniu 2015 roku w Gießen jako uciekinier z Syrii, naturalnie pod fałszywym nazwiskiem. W styczniu w bawarskim Zirndorfie wręczył władzom wniosek o azyl i ten azyl otrzymał. Twierdził bowiem, że jest syryjskim chrześcijaninem francuskiego pochodzenia, nazywa się David Benjamin, mówi po francusku, nie zna arabskiego i był prześladowany z powodu religii i pochodzenia. Jako azylant mógł pobierać świadczenia od państwa. Po skojarzeniu tych danych śledztwo ruszyło na dobre.

Franco A. jest oficerem francusko-niemieckiego batalionu strzelców - od zeszłego roku stacjonował w Niemczech w sztabie S3 w Illkirch w Alzacji, gdzie brał udział w planowaniu międzynarodowych ćwiczeń i manewrów. Z jego akt wynika, że był wzorowym żołnierzem. Do batalionu trafił osiem lat temu, wszystkie testy zaliczył z najlepszymi ocenami, był żołnierzem zaangażowanym i punktualnym. Zdał nawet egzaminy francuskiego sztabu generalnego. Towarzysze broni określali go jako bardzo inteligentnego indywidualistę. Podpadł tylko wtedy, kiedy napisał pracę dyplomową na wojskowym uniwersytecie w Sait-Cyr. W pracy „Zmiany polityczne i strategie kontroli zarządzania” dał wyraz populistycznym i skrajnie prawicowym poglądom. Jeden z profesorów określił je jako nieprzystające do demokratycznego porządku. Franco A. pracę poprawił i dyplom dostał.

Kiedy w styczniu wypłynęła sprawa z bronią, pogrzebano w przeszłości oberleutnanta i na jaw wyszły jego ekstremistyczne poglądy. Oficer znalazł się pod obserwacją, stwierdzono kontakty z osobami o skrajnie prawicowych poglądach, a następnie Franco A. został aresztowany. W popłoch wprowadziły śledczych informacje o drugiej tożsamości Franka A. W trakcie przeszukiwania miejsc związanych z aresztowanym znaleziono listę osób, na które ten być może planował dokonać zamachu. Znajdowały się na niej nazwiska m.in.: byłego prezydenta RFN Joachima Gaucka, obecnego ministra sprawiedliwości Heiko Maasa i lewicowej polityk Anne Helm. Bardzo prawdopodobne wydaje się podejrzenie, że Franco A. mógł planować terrorystyczny atak w taki sposób, żeby zrzucić winę na nieistniejącego uciekiniera z Syrii. Oficer jest w areszcie śledczym we Frankfurcie nad Menem, dochodzenie trwa.

Dość zagadkowa wydaje się sprawa z pistoletem znalezionym rzekomo w krzakach. To model „French Unique”, kaliber 7,65, w pełni sprawny i załadowany ostrą amunicją, ale pochodzący z czasu drugiej wojny światowej. Dziś jest cennym przedmiotem dla kolekcjonerów broni i raczej trudno sobie wyobrazić, że mógłby posłużyć do zamachu. Jednak dwie inne okoliczności budzą większe zainteresowanie śledczych - odnalezienie ewentualnych wspólników oberleutnanta w gronie żołnierzy Bundeswehry i wyjaśnienie, jak to było możliwe, że Franco A. uzyskał najwyraźniej bardzo łatwo status azylanta z Syrii. Oba kierunki dochodzenia mogą ujawnić kompromitujące dla władz RFN szczegóły. Dowódcy Bundeswehry utrzymywali do niedawna, że o poglądach swojego oficera nie wiedzieli, ale z zeznań wojskowych kolegów Franka A. wynika, że znali je przynajmniej od 2014 roku, kiedy to mieli raport z uczelni Saint-Cyr. Ponieważ jednak po przesłuchaniu Franco A. nie wydał się dowódcy prawicowym ekstremistą, dochodzenie zostało zamknięte i nic nie zostało zaznaczone w aktach. Poprzestano na pisemnym upomnieniu.

Dziurawa okazała się też kontrola wojskowego kontrwywiadu (MAD), który w czasie ośmioletniej służby oficera dwukrotnie go sprawdzał i nie stwierdził niczego podejrzanego. Teraz z własnej inicjatywy zgłosił się do dowództwa inny oficer zaniepokojony postawą i wypowiedziami aresztowanego i przypomniał o incydencie na uczelni. Gdyby nie to, nic by się nie wydało.

Lis, czyli kot
Koszary elitarnej jednostki w Pfullendorf (Badenia-Witembergia). Podczas szkolenia żołnierzy tzw. Combat First Responder, czyli oddziałów sanitariuszy ratujących innych żołnierzy na polu walki, doszło tu do sadystycznych praktyk na tle seksualnym. Rekruci musieli się rozbierać do naga, a przełożeni to filmowali - rzekomo w celach szkoleniowych. Nagim mężczyznom i kobietom wkładano następnie do odbytu tampony. To też jest na zdjęciach. Żołnierze na warcie przywiązywali się wzajemnie do krzeseł i pozostawali tak unieruchomieni na całe godziny.

W październiku ubiegłego roku ze skargą na te praktyki zwróciła się do minister obrony RFN Ursuli von der Leyen i przewodniczącego komisji obrony Bundestagu Hansa-Petera Bartelsa jedna z żołnierek. Śledztwo wykazało, że takie praktyki miały miejsce. Prokuratura prowadzi postępowanie w związku z podejrzeniem o zniewalanie, groźne uszkodzenie ciała oraz odtwarzanie scen przemocy. Siedmiu żołnierzy zostało wyrzuconych z wojska, ale winnych takich zajść pewnie będzie więcej. Komendanta jednostki, dwóch oficerów sztabowych i dwóch podoficerów przeniesiono do innych garnizonów.

Niedawno do podobnych wydarzeń doszło w innej elitarnej jednostce Bundeswehry - w koszarach strzelców górskich w Bad Reichenhall. Pewien starszy kapral ujawnił, że w latach 2015-2016 był wielokrotnie dyskryminowany, a także słownie i czynnie molestowany seksualnie. Śledztwo przeciwko 14 osobom jest w toku.

Raport Hansa-Petera Bartelsa z 2016 roku wymienia ponad 180 przypadków mobbingu, poniżania i innych niedopuszczalnych zachowań na tle seksualnym. Prawdziwych liczb nie zna nikt, gdyż ofiary wstydzą się o tym mówić.

Jeden ze strzelców górskich opowiedział prasie, że istnieje wiele drastycznych rytuałów przyjmowania „lisów” (młodych żołnierzy, po polsku „kotów”) do grona starego wojska. On sam kilka lat temu musiał pić alkohol na zmianę z jakimiś świństwami aż do momentu, kiedy zwymiotował. „Test lisa” należy po prostu do tradycji i ten żołnierz, który wolał pozostać anonimowy, przeszedłby go ponownie, gdyby trzeba było. Na znak sprzeciwu przeciwko prowadzonej w wojsku - jego zdaniem - kampanii przeciwko wszystkiemu, co tradycyjne. Gdyż - zdaniem znawców tematu - w wojsku niemieckim trwa walka o wewnętrzną tożsamość sił zbrojnych. Linia frontu przebiega między tymi, którzy uważają, że wojsko to męska domena i obowiązuje w nim tradycyjny podział ról oraz dopuszczalne są zabawy podnoszące morale oraz spoistość oddziałów, a tymi, którzy chcieliby Bundeswehry odzwierciedlającej różnorodność niemieckiego społeczeństwa i panowania politycznej poprawności. Póki co, minister obrony usunęła po ostatnich wydarzeniach ze stanowiska szefa wyszkolenia wojsk lądowych, generała-majora Waltera Spindlera.

Armia doby pokoju
Po upadku ZSRR uznano w Niemczech, że już im nie trzeba wojska, które musiałoby stawiać czoła tysiącom czołgów i milionom żołnierzy Układu Warszawskiego. Zmieniły się priorytety, bezpieczeństwu jeszcze do niedawna najbardziej zagrażali terroryści, więc z 3000 czołgów Leopardów pozostało Niemcom 225 sztuk (mniej niż ma Polska), a wydatki na armię zmniejszały się do poziomu 1,3 proc. budżetu (w Polsce ok. 2 proc.). Wprawdzie tamta dawna wielka armia niemiecka była bardziej teoretyczna - bazowała na ćwiczeniach - niż sprawdzona w boju, inaczej niż obecne wojska RFN walczące do niedawna np. w Afganistanie, ale stanowiła mocny wkład w NATO.

Tymczasem teraz jest z nią tak, że z czterech okrętów podwodnych tylko dwa mają pełną obsadę, liczne helikoptery i cześć myśliwców Tornado nie latają, nie da się powiększyć liczby czołgów, bo to musi trwać, nowy karabinek szturmowy Bundeswehry G 36 przegrzewa się i traci celność, nowa maszyna transportowa A400M wciąż ma kłopoty techniczne, a nowy potężny dron bojowy Euro Hawk jest uziemniony.

Na paradoks zakrawa to, że Polacy woleliby, żeby niemiecka armia była silniejsza i bardziej zdolna do obrony siebie i swoich sojuszników w Sojuszu Atlantyckim. To konieczność po aneksji Krymu i agresji na Ukrainę.

Andrzej Dworak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.