Grzegorz Hilarecki

Zachowaj czujność. Wróg nadaje - rozmowa z sowietologiem z Akademii Pomorskiej w Słupsku

Dr hab. Robert Kuśnierz, sowietolog, zajmuje się także dyplomacją i wywiadem wojskowym w II RP Fot. Fot. Łukasz Capar Dr hab. Robert Kuśnierz, sowietolog, zajmuje się także dyplomacją i wywiadem wojskowym w II RP
Grzegorz Hilarecki

Pierwszą ofiarą wojny jest prawda - przekonuje sowietolog Robert Kuśnierz, profesor w Instytucie Historii Akademii Pomorskiej w Słupsku.

Prowadzi pan badania sowieckiej i rosyjskiej propagandy, więc to pana można zapytać, czy w świetle narracji państwowych mediów w Rosji najeźdźca tę wojnę wygrywa czy przegrywa?

To ciekawe pytanie. Można powiedzieć tak, że zgodnie z rosyjską propagandą Rosja tej wojny co najmniej nie przegrywa. Do 11 listopada, gdy wojska rosyjskie musiały opuścić Chersoń, dominowała narracja o zwycięstwach. Mówiono i pisano o konsekwentnie realizowanej „operacji wojskowej” zmierzającej - być może powoli - do zwycięstwa, tzn. do zbliżania się z każdym dniem do postawionego przez Putina zadania przeprowadzenia „denazyfikacji” i „demilitaryzacji” Ukrainy. Ostatnio zaczęto dodawać kolejny cel - zapewne mało ludzi o tym słyszało -„desatanizacja” Ukrainy. Opuszczenie Chersonia 11 listopada było wręcz szokiem dla części rosyjskiej opinii publicznej. Niektórzy znani dziennikarze zaczęli nawet krytykować wcześniejszą bezkrytyczną narrację o „utrzymywaniu sytuacji pod kontrolą”. Pojawiły się głosy, że wprowadzano Putina w błąd, kreśląc zbyt optymistyczne obrazy sytuacji na froncie. Jeden ze znanych rosyjskich dziennikarzy, Maksim Jusin, powiedział nawet, że Rosjanie sami stwarzają powody do tego, żeby z nich drwiono. Podawał przykład, jak po opuszczeniu przez Rosjan Chersonia Ukraińcy zrywali bilbordy z napisami „Z Rosją na zawsze”, a następnie przerabiali ten napis w różnego rodzaju memach na „z Rosją do listopada”. W języku rosyjskim to się rymuje. Buńczuczne wypowiedzi niektórych rosyjskich polityków i dziennikarzy o dojściu do granicy z Polską, a nawet dalej, określił mianem „pięknej bajki”, a ludzi wygłaszających tego typu opinie nazwał klaunami. Jednak takie głosy znikały w dominującej narracji o „taktycznym wycofaniu się i przegrupowaniu wojsk”, zwłaszcza płynącej z Kanału Pierwszego i Rossija 1. Wycofanie się z Chersonia nie było tzw. tematem dnia w rosyjskiej propagandzie. Jeżeli chodzi o informacje z frontu, eksponowano wiadomości o „sukcesach” na kierunku donieckim, zwłaszcza w walkach o Bachmut, nazywanym przez Rosjan Artiomowskiem. Ten sukces był taki, jak w I wojnie światowej. Za wielką cenę niewielkie przesunięcie frontu lub obrona pozycji.

To teraz Rosjanie walczą także o desatanizację Ukrainy? Ki diabeł?

O „denazyfikacji” i „demilitaryzacji” Ukrainy jako celach wojny, a według Rosjan „specjalnej operacji wojskowej”, zapewne wszyscy słyszeli. Ale od pewnego momentu, czyli gdy przyszły niepowodzenia na froncie, zaczęto doszukiwać się innych celów. Coraz częściej zatem przedstawia się Rosję jako ofiarę agresji kolektywnego Zachodu z powodu jej rzekomej pielęgnacji wartości tradycyjnych. W tym kontekście trzeba rozpatrywać niedawno uchwaloną przez Dumę ustawę o całkowitym zakazie „propagandy LGBT”. Propagandyści zaczęli mówić, że Rosja walczy z satanizmem, zdobywającym dla siebie rzekomo przyczółki także na Ukrainie. Ramzan Kadyrow nazwał „specjalną operację wojskową” - „świętą walką z satanistami”. Pomocnik sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, Aleksiej Pawłow, oświadczył, że Ukrainę należy także „desatanizować”. Zdobywca Oscara, reżyser Nikita Michałkow, w swoim programie autorskim w telewizjach „Rossija 24” i „Spas TW” często podkreśla znaczenie „rosyjskiego mesjanizmu” broniącego rzekomo wartości chrześcijańskich i przeciwstawiającego się „złemu satanistycznemu Zachodowi”. W tej sprawie wypowiedział się również Putin. 30 września 2022 r. w swoim przemówieniu podczas ceremonii podpisania umów o przyłączeniu okupowanych terytoriów do Rosji nazwał „dyktaturę zachodnich elit” „jawnym satanizmem”. To, że zachodnie elity w większości są na bakier z wartościami chrześcijańskimi to jedno, ale kreowanie się na obrońcę chrześcijaństwa i pogromcę szatana przez człowieka, który wielokrotnie biadał nad „tragedią” rozpadu Związku Sowieckiego, jest wyjątkowo mało przekonujące i koniunkturalne. Przecież ZSRR był totalitarnym, ateistycznym krajem, w którym w wyniku realizowanej ideologii komunistycznej wymordowano miliony ludzi, w tym wielu duchownych i wierzących, bezwzględnie zwalczającym nie tylko chrześcijaństwo, ale i wszelkie inne religie! Tym niemniej propaganda wzmocniła ten przekaz, teraz akcentuje ona walkę nie tylko z „neonazistami”, ale i „satanistami” z Zachodu. Ostatnio zaczęła pojawiać się również teza, że celem Zachodu jest zniszczenie prawosławia, oczywiście tego podległego patriarchatowi moskiewskiemu w ogóle, a na Ukrainie w szczególności.

A jak przedstawiana jest Polska?

Analizuję wątki polskie od początku wojny. Jeśli mówimy o najważniejszych rosyjskich telewizjach i prasie wraz z portalami internetowymi, to nie ma dnia, by o Polsce się tam nie mówiło czy nie pisało. Są emitowane specjalne programy historyczne i publicystyczne poświęcone naszemu krajowi. Teraz Rosja jest państwem, gdzie nie ma w zasadzie wolnych mediów, ostatnia niezależna gazeta - „Nowaja Gazieta” kierowana przez noblistę Dmitrija Muratowa - została pod byle pretekstem zlikwidowana podczas wojny. Wcześniej zamknięto nawet zasłużony dla prawdy historycznej Memoriał. Obecnie przekaz, który otrzymuje zwykły Rosjanin, jest tylko oficjalną propagandą. On dowiaduje się z niej, że Rosja jest ostoją cywilizacji, walczy z NATO i z kolektywnym Zachodem. O Polsce mówi się głównie jako „wiecznie rusofobicznym kraju”, który nie pogodził się z utratą swojej mocarstwowej pozycji, głównie z powodu przegranej rywalizacji z Rosją, i teraz próbuje ją odzyskać. Według rosyjskich propagandystów Polska chce tego dokonać z jednej strony poprzez inicjowanie działań, których celem jest osłabienie, a nawet zniszczenie pozycji geopolitycznej Rosji, a z drugiej poprzez „wchłonięcie” ziem dawnej Drugiej Rzeczypospolitej. Innymi słowy, rosyjscy propagandyści w czasie rosyjskiej agresji na Ukrainę, kiedy Putin ogłasza przyłączenie części jej terytoriów, twierdzą, że to Polska jest agresorem, gdyż jakoby planuje aneksję Lwowa i dawnych Kresów. Idźmy dalej. Po tragedii w Przewodowie oskarżano Polskę o próbę wciągnięcia świata w III wojnę światową. Od jesieni często wspomina się o tzw. polskich najemnikach, którzy rzekomo w dużej liczbie mają walczyć po stronie ukraińskiej. Kilka dni temu podano informację, że 1200 „polskich najemników” jakoby zginęło na Ukrainie. Oczywiście nie ma żadnych przekonujących dowodów na prawdziwość tych informacji, a wręcz sugeruje się, że zaczerpnięto informację z „polskich źródeł”, którymi są prokremlowskie portale niemające nawet polskiej domeny.

Dwa motywy propagandowe, czyli Wołyń i Lwów, od wybuchu wojny trafiają masowo do polskich mediów społecznościowych. Czy to na Polaków działa?

Kwestia rzezi wołyńskiej oraz wydumanej przez rosyjskich propagandystów tzw. aneksji Lwowa to dwie różne sprawy. W sprawie Wołynia Rosjanie od marca publikują różne dokumenty archiwalne. Nie sądzę, aby były nieprawdziwe, chociaż niewiele wnoszą do historiografii. Są kolejnym źródłem do znanej i udokumentowanej historii przebiegu bestialskich mordów popełnionych przez ukraińskich banderowców na polskiej ludności cywilnej. Oceniając taką aktywność, należy mieć na uwadze całość rosyjskiej polityki historycznej. Wspominałem o zlikwidowaniu Memoriału, który, notabene, otrzymał w tym roku Pokojową Nagrodę Nobla. Trzeba przypomnieć o nowelizacji rosyjskiego kodeksu wykroczeń administracyjnych z kwietnia tego roku, gdzie przewidziano nawet kary aresztu za utożsamianie niemieckiego reżimu nazistowskiego z sowieckim komunistycznym. Kolejnym stałym elementem w rosyjskiej narracji historycznej jest swoisty dogmat, że Polska została „wyzwolona” przez ZSRS od faszyzmu, a jednocześnie unika się tematu współpracy Sowietów z Hitlerem. Jeżeli mamy pełen obraz rosyjskiej polityki historycznej, to widzimy prawdziwe cele tej „nagłej troski” o prawdę historyczną w sprawie rzezi wołyńskiej. Jest to ewidentny zabieg Moskwy w celu zasiania zamętu. Zresztą nawet w tematyce nawiązującej do Wołynia pojawiają się także ordynarne kłamstwa, jak choćby przypisywanie prezydentowi Andrzejowi Dudzie „dziadka z UPA”. Albo niedawne przerobienie zdjęcia Mateusza Morawieckiego składającego wieniec przed pomnikiem ofiar Wielkiego Głodu z lat 1932-33 na zdjęcie polskiego premiera rzekomo oddającego hołd Stepanowi Banderze przed jego pomnikiem. Pragnę podkreślić, iż w tym momencie oceniam rosyjskie wykorzystywanie zbrodni wołyńskiej do swoich bieżących celów, a są nimi sianie zamętu i próba rozbicia jedności sojuszników. W żaden sposób nie oznacza to, że tragedia ta powinna być zapomniana i położona w ofierze nowemu otwarciu w relacjach polsko-ukraińskich. O ile rosyjski przekaz o Wołyniu jest nakierowany na odbiorców polskich, tak przekaz o rzekomej chęci odzyskania przez Polskę Lwowa jest nakierowany na Ukraińców. Cel jednego i drugiego jest ten sam - podsycanie nieufności, prowokowanie wrogości między Polakami i Ukraińcami, z którego korzyści może czerpać Rosja.

Zajmuje się pan zawodowo też czasami sowieckimi, czy przekaz obecnej propagandy rosyjskiej jest podobny do tego sprzed kilkudziesięciu lat?

Oczywiście, że tak. Mechanizmy propagandowe są podobne. Przykładowo w okresie międzywojennym bolszewicka propaganda bez przerwy straszyła, że Polska wraz z innymi krajami szykuje się do inwazji na Związek Sowiecki, że chce dokonać aneksji sowieckich terytoriów będących w przeszłości częścią Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W rzeczywistości to Sowieci dokonali agresji i rozbioru Polski. Dzisiaj z kolei propaganda twierdzi, że Polska chce z powrotem Lwowa i ziem dawnej Drugiej Rzeczypospolitej. Przedstawiano wówczas Związek Sowiecki, a dzisiaj Rosję jako kraj prawie że mlekiem i miodem płynący, który chce zniszczyć „zgniły kapitalistyczny”, a dzisiaj „satanistyczny” Zachód. Można wspomnieć także pseudoreferenda przeprowadzone we wrześniu tego roku na okupowanych terytoriach Ukrainy. Według podawanych przez Rosję danych za przyłączeniem do Rosji miało głosować od 87 do 99 procent ludzi. Te wyniki same w sobie pokazują, że to fałsz przypominający wszelkie pseudowybory organizowane zarówno w Związku Sowieckim, jak i przez Związek Sowiecki na okupowanych terytoriach Drugiej Rzeczypospolitej. Mam na myśli wybory do tzw. zgromadzeń ludowych zachodniej Białorusi i Ukrainy w 1939 r.

Dzięki badaniu tej propagandy można wyciągnąć jakiekolwiek wnioski o sytuacji na froncie i w kraju?

Znając mechanizmy manipulacji, można odcedzić z serwowanego przekazu slogany propagandowe i w ten sposób zbliżyć się do poznania prawdy. Każdy historyk wie jednak, że dopiero pełny dostęp do zawartości archiwów daje możliwość odtworzenia obrazu minionych zdarzeń, choć i tak potem wielu badaczy kłóci się o interpretację dokumentów.

A Rosjanie w ten przekaz wierzą?

Jak pokazują badania Centrum Lewady, dla większości Rosjan media państwowe są cały czas źródłem informacji o „najwyższej wiarygodności”.

Grzegorz Hilarecki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.