Prezydent USA powie nam pewnie, że nas kocha. I tyle

Czytaj dalej
Fot. Fot. wikipedia
Krzysztof Ogiolda

Prezydent USA powie nam pewnie, że nas kocha. I tyle

Krzysztof Ogiolda

Rozmowa z prof. dr hab. Bohdanem Szklarskim, politologiem z Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

Donald Trump przyjedzie do Polski w pierwszych dniach lipca i już zapowiada, że wygłosi w Warszawie ważne przemówienie. Co może powiedzieć?
To przede wszystkim jemu się wydaje, że będzie ważne. Popatrzmy na kontekst tej wizyty. Ono może być istotne o tyle, że prezydent USA prawdopodobnie poprze i potwierdzi artykuł piąty Traktatu północnoatlantyckiego, mówiący o wzajemnej obronie sojuszników, skoro przyjeżdża na spotkanie z przedstawicielami państw z naszego regionu. Natomiast – wracam do kontekstu – nie oczekuję, że w Warszawie zostanie ogłoszona jakakolwiek inicjatywa polityczna, skoro Trump jedzie na szczyt G-20 i będzie się spotykał z Putinem. Nie padnie zatem w Warszawie jakiekolwiek zdanie, które miałoby Putina rozsierdzić. Strategiczne inicjatywy nie będą ogłaszane przed szczytem, bo to tam można wysondować reakcje głównych partnerów, a Polska takim partnerem USA nie jest, wbrew temu, co politycy – nasi szczególnie, a czasem i amerykańscy – deklarują.

To może się w Warszawie zdarzyć coś istotnego przy okazji tej wizyty?
Zakładając normalność w Białym Domu, ktoś prezydentowi powie, czego Polska oczekuje. Nie idziemy do kogoś na imieniny, by go obrażać. Więc z pewnością Trump nie będzie pewnie mówił o złagodzeniu sankcji wobec Rosji. Bo Warszawa jest ostatnim miejscem, gdzie należałoby to mówić. Sprawy azjatyckie są w Polsce mniej istotne, więc i o nich pewnie mowy nie będzie. Możemy usłyszeć deklaracje na temat bezpieczeństwa, bo to kraje Europy Środkowej, zwłaszcza kraje bałtyckie, boli. Ale deklaracja o zwiększeniu sprzedaży broni Ukrainie już nie padnie, bo Trump nie chce, by Putin przy pierwszym spotkaniu patrzył na niego wilkiem. Znając Trumpa, to on nam powie, że nas kocha, że jesteśmy wspaniali i że znał wielu Polaków, którzy na budowie nosili cegły półdarmo. I tyle.

Jeśli tak, to po co w ogóle ta wizyta?
Proszę pamiętać, że prezydent USA nie tyle nawet przybędzie do Polski, co do nas na 5-6 godzin wpadnie. Także po to, by na ulicy zobaczyć ludzi, którzy mu machają, a nie wymachują w jego stronę.

Obiecano mu już, że te życzliwe tłumy na ulicach Warszawy będą.
To była bardzo niemądra obietnica, zwłaszcza w naszym klimacie politycznym. Ona jedynie zachęci protestujących do sprzeciwu. Obecna opozycja w stosunku do władzy, czyli w sumie większość społeczeństwa, może łatwo przenieść swój niechętny stosunek do przywódców PiS na Trumpa. Bo i oni, i on wykazują pewne lekceważenie dla zasad demokracji.
A może prezydent powie, jak zepsuta, niesprawna i bezideowa jest Unia Europejska. Nie jest przecież jej entuzjastą, mówiąc delikatnie. A Jarosława Kaczyńskiego pewnie by takie słowa ucieszyły.
Może on chciałby to usłyszeć, ale prezydent Trump wie, że nie tylko my będziemy odbiorcą tego komunikatu. Przywódcy pozostałych krajów też. A oni mają do Unii w większości stosunek bardzo pozytywny.

Z uporem się zastanawiam, po co prezydentowi USA ta wizyta w Warszawie?
Przypuszczam, że chce się po przelocie przez ocean lekko zrelaksować i przygotować do wizyty na szczycie G-20. Nie byłoby to wcale pierwszy raz. W 1985 po szczycie w Genewie prezydent Ronald Reagan leciał do Waszyngtonu. Chciał wylądować w godzinach największej telewizyjnej oglądalności, czyli wieczorem. Postanowiono więc, że zrobi przystanek w Brukseli i zwołano ministrów, szefów państw z całej Europy. A on im opowiadał - w sumie pobyt trwał kilka godzin - co robił w Genewie z Gorbaczowem itd. Nie siedział bezczynnie na lotnisku, tylko był czymś zajęty. Wizyta w Polsce trochę ma taki charakter. Jest formą łagodnego wejścia prezydenta do Europy. W środę byłem na spotkaniu kilkudziesięciu ekspertów przed wizytą Trumpa i zastanawialiśmy się, co przełomowego może się w Warszawie zdarzyć. Naprawdę nikt nie miał pojęcia.

Przeceniamy swoją rolę w perspektywie USA?
Polska prowadzi politykę poszukiwania specjalnych relacji ze Stanami Zjednoczonymi i my mamy skłonność do nadinterpretacji amerykańskich gestów i słów. Wyszukujemy w nich selektywnie to, co się zgadza z naszym punktem widzenia - strategicznie i krótkoterminowo dla każdej bieżącej władzy. Przelotny kontakt z Andrzejem Dudą w ONZ u nas staje się spotkaniem prezydentów. Choć wszyscy wiedzą, że prezydentowi USA podaje się kartkę z informacją, z kim się spotka, parę minut przed i stąd wie, jaki jest główny problem w kraju rozmówcy i parę zdań mówi. Takich spotkań może mieć w ciągu dnia kilkanaście. Jednodniowa wizyta w Warszawie, bez noclegu, jest dla Polski dobra - bo Trump nie leci do Pragi ani do Bukaresztu - ale jednak zdawkowa.

Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.