Powroty Julii Hartwig

Czytaj dalej
Fot. archiwum
Małgorzata Szlachetka

Powroty Julii Hartwig

Małgorzata Szlachetka

Miasto rodzinne pod niebem jak zatopione na dnie jeziora - tak wybitna poetka pisała o rodzinnym Lublinie. „To była osoba niezwykle życzliwa”, „miała w sobie niespotykany spokój” - mówią ci, którzy ją znali.

Urodziła się w Lublinie, w rodzinie, która uciekła z Rosji przed rewolucją. Lublin okazał się miejscem przyjaznym, z którym Hartwigowie związali się na dłużej. Przedwojenne miasto Julii Hartwig to zakład fotograficzny brata Edwarda z drzewem wyrastającym z dachu, kawiarnia Semadenich, szkolne przyjaciółki, dla których była po prostu Hartwiżanką, pierwsze wiersze i widziana z oddali dzielnica żydowska za Bramą Grodzką - z gwarem, który cichnie w piątkowe wieczory. Po latach, w rozmowie z Jarosławem Mikołajewskim, poetka powie skromnie: „Nie dałam Lublinowi tak wiele, nie poświęciłam mu wielu wierszy”. Czy aby na pewno? Ten tekst dedykujemy powrotom Julii Hartwig do rodzinnego miasta. Prywatnym, intymnym i tym oficjalnym, w których towarzyszyły jej aparaty fotograficzne i kamery. Zmarłą 14 lipca poetkę wspominają lublinianie, ale nie tylko oni.

Mówi akacja z dzieciństwa

Z przyszłą poetką Anną Kamieńską Julia Hartwig chodziła w Lublinie do gimnazjum Unii Lubelskiej. Nawzajem się inspirowały, czytając swoje pierwsze wiersze. W Muzeum Czechowicza mamy listy i karty pocztowe Julii Hartwig do szkolnej koleżanki, wysyłane od 1946 do 1986 roku.

Wpisując adres na odwrocie pocztówki z widokiem pałacu w Wilanowie, Julia Hartwig pomyliła się, obok częściowo przekreślonego słowa „Lublin” znalazł się warszawski adres Kamieńskiej. Obok umieściła takie wyjaśnienie: „Kochana Haniu! Pióro samo napisało mi w adresie „Lublin”. Niech Ci to starczy za całą historię usymbolizowaną w jednej pomyłce!”. Inna pamiątka z pobytu w Lublinie. 18 maja 1978 roku, po wieczorze autorskim w naszym muzeum, Julia Hartwig na karcie z czerpanego papieru napisała wiersz z tomu „Czuwanie”:

Mówi akacja z dzieciństwa/Nie takie bywały pamiętam twoje młode smutki/Dla kogo rzucam teraz mój słodki kwiat/pod balkonem drewnianym na kamiennym podwórku

Anna Mazurek, Muzeum Lubelskie, Oddział Literacki im. Józefa Czechowicza

Powroty Julii Hartwig
Czesław Czapliński Poetka w obiektywie Czesława Czaplińskiego, 4 sierpnia 1998 r., Dom Pracy Twórczej w Oborach

Osoba niezwykle życzliwa

Julię Hartwig poznałem, gdy po 1989 roku w Lublinie zakładaliśmy Kwartalnik Literacki „Kresy”. Wiadomo, że ranga pisma jest rangą piszących w nim autorów, a do pierwszego numeru „Kresów” swoje teksty podarowali m.in. Julia Hartwig i jej mąż Artur Międzyrzecki. Zaufali nam, chociaż „Kresy” zakładali przecież studenci i niedawni absolwenci. Pierwszy kontakt z panią Julią nawiązała nasza redakcyjna koleżanka, Katarzyna Jóźwik, która wcześniej napisała pracę magisterską o jej poezji. Potem, gdy pani Julia bywała w Lublinie, gościła też u nas. Nie przeszkadzało jej, że nasza redakcja ciągle zmieniała siedzibę. To była osoba niezwykle życzliwa, dzięki której już na samym początku mieliśmy kontakty z literaturoznawcami z całego kraju. Sama będąc tłumaczką poezji, kontaktowała nas też z tłumaczami. Dodajmy, że na początku lat 90. ubiegłego wieku Julia Hartwig i ranga jej poezji nie była w Lublinie jeszcze tak powszechnie znana, jak dzisiaj.

Dr hab. Andrzej Niewiadomski, szef Zakładu Literatury Współczesnej UMCS

Miała w sobie niespotykany spokój

W połowie lat 90. odbyło się pierwsze spotkanie z Julią Hartwig w Bramie Grodzkiej. W ciągu kolejnych lat bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Fascynował mnie przedwojenny Lublin i Lublin Czechowiczowski. Ona go odkrywała. Miała w sobie niespotykany spokój.

Tomasz Pietrasiewicz, dyrektor Ośrodka Brama Grodzka -Teatr NN w Lublinie

Niech pan uważa, bo ja czytam to, co pan pisze

To jest jedn z bliskich mi wspomnień związanych z festiwalem Miasto Poezji, na którym gościła Julia Hartwig. W ramach akcji Mieszkania Poezji swoje wiersze miał wtedy czytać poeta Andrzej Sosnowski. Na to spotkanie poszliśmy razem z Julią Hartwig oraz Ryszardem Krynickim, który także wtedy był gościem festiwalu. Okazało się, że wieczór odbywa się w kamienicy przy Ogrodzie Saskim, na trzecim, albo czwartym piętrze, gdzie trzeba było wdrapać się po schodach. Pani Julia weszła na górę, a potem okazało się, że w tym studenckim mieszkaniu nie ma ani jednego krzesła. Wszyscy siedzą na materacach rozłożonych na podłodze. Na widok dwojga szacownych poetów młodzi ludzie rzucili się do wyjścia, żeby pożyczyć dwa krzesła od sąsiadów. Na koniec spotkania pani Julia podeszła do Andrzeja Sosnowskiego i powiedziała żartobliwie „Niech pan uważa, bo ja czytam to, co pan pisze”. To historia jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że Julia Hartwig była osobą młodą duchem i otwartą na innych. Zresztą w czasie krakowskich spotkań i wieczorów poetka często wychodziła ostatnia

Prof. Paweł Próchniak, szef Katedry Literatury Współczesnej i Krytyki Literackiej, Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie

Pani Julia na deptaku

W czasie pobytów w Lublinie Julię Hartwig można było zobaczyć na deptaku, jak siedziała w restauracyjnym ogródku i po prostu piła kawę. Całkowicie zwyczajna sytuacja. Coraz bardziej doceniamy poezję Julii Hartwig. W czasie tegorocznej edycji konkursu recytatorskiego imienia Józefa Czechowicza uczestnicy mieli powiedzieć wiersz jednego z poetów związanych z Lublinem i prawie połowa zdecydowała się na jej utwór: „Elegię lubelską” lub „Lublin 1946”, w którym Julia Hartwig żegna się z rodzinnym miastem. Są one także jej osobistą próbą oswojenia się z traumą II wojny światowej.

Dr Jarosław Cymerman, szef Oddziału Literackiego im. Józefa Czechowicza w Lublinie

Lublin 1946

Miasto rodzinne pod niebem
jak zatopione na dnie jeziora
oto zapadam znowu w wieczność.
Kołyszą mnie wzdłuż ulicy twe dzwony
odlane z gorącego jeszcze armatniego huku.
Oto przypędziły mnie ku tobie wskazówki słońca
ale już pora odciąć pępowinę co mnie z tobą wiąże
gdy znowu na rynku syci a niezadowoleni mieszczanie
pośród krakania wron, pośród ruin.
Wyciekają tu ze mnie lata o najczerwieńszej krwi.
O, pozwól, by wyjechał wielki głośnik przez Twą Bramę Złotą
i tu, między malarzem malującym rudery
między gruźliczym dzieckiem i cwaniakiem złodziejskim
niech tryśnie pieśń odnowienia!
Niech wali wielkim strumieniem
aż zaczną prychać pod nią uczniaki
i zwilgną oczy starych
a ulicami runie rzeka stokroć czystsza od Bystrzycy.
Po niej płynąc dziewczęta wić będą kaczeńce ze Sławinka
a chłopaki grać na organkach.

Julia Hartwig

Ona nie pozowała, ona była

Julię Hartwig fotografowałem od 1982 roku. Pierwsze jej zdjęcie zrobiłem w Nowym Jorku, w PEN Clubie. Przyszła wtedy w futrze. Pamiętam też sesję, jaką zrobiłem w jej domu na Marszałkowskiej w Warszawie. Przez tamtejsze okno widać było ścianę fantastycznie zarośniętą przez winorośl. Jak ją się fotografowało? Julia nie pozowała, ona po prostu była. W domu fotografowałem ja m.in. na tle półek z książkami i wspólnie z mężem, Arturem Międzyrzeckim. Pamiętam, że wspominała, jak uciekając przed rewolucją październikową jej rodzina jechała przez Lublin do Warszawy, ale tak się zachwyciła miastem, że w nim została.

Czesław Czapliński, artysta fotograf, dziennikarz i autor filmów dokumentalnych związany z Nowym Jorkiem i Warszawą.

Małgorzata Szlachetka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.