Niemcy już pokazali, że nie ugną się przed terrorystami

Czytaj dalej
Fot. Bundesarchiv, B 145 Bild-F051866-0010 / Wegmann, Ludwig / CC-BY-SA 3.0
Andrzej Dworak

Niemcy już pokazali, że nie ugną się przed terrorystami

Andrzej Dworak

18 października 1977 w somalijskim Mogadiszu niemieccy komandosi odbili porwany kilka dni wcześniej samolot Lufthansy. Niemcy nie ugięli się przed porywaczami, kanclerz Helmut Schmidt mógł podrzeć swój wniosek o dymisję.

Port lotniczy Fortaleza w Brazylii. W niewielkiej odległości od hal dla pasażerów, startujących i lądujących maszyn stoi i niszczeje słynny samolot, uczestnik krwawych i dramatycznych wydarzeń. Są plany, żeby tego pasażerskiego niegdyś, a następnie towarowego boeinga 737 pociąć i przeznaczyć na złom, ale właśnie - w połowie lutego - ogłoszono, że być może uratuje go rząd w Berlinie, ponieważ dla Niemców ten wrak jest żywym świadkiem historii, kiedy Republika Federalna wygrała z terroryzmem. Dziś terroryści znów zagrażają Niemcom, mógłby więc przypominać o tym, że państwo niemieckie już raz zwyciężyło w walce z terrorystami oraz że było to zwycięstwo kompletne i imponujące.

Początek odysei - cztery dni i 11 godzin

Jest 13 października 1977 roku. O godzinie 13 z lotniska Palma de Mallorca w powietrze wznosi się boeing 737 Lufthansy „Landshut” z 86 pasażerami i pięcioma członkami załogi na pokładzie. Niemieccy turyści - wśród nich dzieci i seniorzy - wracają z urlopu na Balearach do ojczyzny. Start przebiega bez przeszkód, samolot osiąga wysokość podróżną, stewardesy zaczynają roznosić kanapki i napoje. Nagle do kabiny pilotów wskakują dwaj mężczyźni, a z tyłu samolotu podnoszą się dwie kobiety z granatami w dłoniach i nakazują pasażerom pozostanie na miejscach. Po chwili między siedzeniami krąży jeden z napastników z bronią w ręku i krzykiem informuje, że teraz on, kapitan Martyr Mahmud, dowodzi samolotem, że maszyna jest w rękach palestyńskich bojowników.

O godzinie 14.30 do Niemiec dociera informacja francuskich służb, że w okolicy Marsylii „Landshut” wykonał dziwny manewr i zboczył z kursu na Frankfurt nad Menem. O 15.45 maszyna Lufthansy ląduje na rzymskim lotnisku Fiumicino. Kapitan Martyr Mahmud powiadamia wieżę, że opanował samolot i żąda zwolnienia towarzyszy przebywających w niemieckich więzieniach. Chociaż minister spraw wewnętrznych RFN Werner Maihofer zaklina włoskie władze, żeby nie pozwoliły boeingowi wystartować, dwie godziny później w pełni zatankowany „Landshut” leci w kierunku Cypru i ląduje na lotnisku w Larnace. Maihofer znowu rozmawia z cypryjskim ministrem spraw zagranicznych Patsalidesem, w wyniku czego Cypryjczycy zwlekają ze spełnieniem żądania Palestyńczyków - zatankowania 11 ton paliwa. Dopiero po kilku godzinach negocjacji i groźbie wysadzenia samolotu z pasażerami i załogą w przypadku opóźnienia tankowania, żądanie zostaje spełnione i boeing Lufthansy startuje w kierunku Zatoki Perskiej.

Operacja komanda z grupy GSG 9 w Mogadiszu sprawiła, że terroryści Frakcji Czerwonej Armii, zostali za kratami

Pasażerów zapędzono na tył samolotu. „Jak bydło” - przypomina sobie stewardesa Gabriele Dillmann. Początkowo miała nadzieję, że porywaczom chodzi tylko o pieniądze, ale kiedy usłyszała słowo „Palestyna”, pomyślała, że musi się szykować na śmierć. Pierwszy raz kapitan Martyr Mahmud wybrał ją do egzekucji na pasie startowym w Larnace, kiedy terroryści wymuszali zatankowanie samolotu, ale przed nią miała zginąć królowa piękności, miss disco z Palmy de Mallorca, naprawdę śliczna kobieta, którą Martyr Mahmud brał za Żydówkę. Drugą do zabicia była inna młoda dziewczyna, trzecią miała być stewardesa Dillmann. Kiedy spełniono jego żądania, Mahmud odwołuje egzekucję po angielsku przez głośniki pokładowe słowami: „teraz nie będziemy zabijać tych trzech żydowskich kurew”.

Podwójne ultimatum

Nocą do kanclerza RFN Helmuta Schmidta dociera przekaz terrorystów, w którym informują kanclerza, że przejęli całkowitą kontrolę nad maszyną Lufthansy lot numer LH 181 z Palmy do Frankfurtu. Żądają uwolnienia więzionych w Niemczech terrorystów z RAF (Rote Armee Fraktion -

Frakcja Armii Czerwonej) oraz dwóch bojowników palestyńskich i 15 milionów dolarów. Ultimatum upływa o 8 rano w niedzielę 16 października 1977 roku. Wszelkie opóźnienia lub próby zmylenia Martyra Mahmuda i jego towarzyszy będą oznaczały egzekucję pasażerów, załogi, a także Hannsa Martina Schleyera.

Hanns Martin Schleyer jest członkiem partii CDU i prezesem Niemieckiego Związku Pracodawców. To wystarczy, by znalazł się na celowniku terrorystów z RAF. 5 września 1977 roku Schleyer udał się do Kolonii. Tam konwój, którym jechał, wpadł w misternie zaplanowaną zasadzkę. Zamachowcy zabili obstawę przemysłowca, a jego samego uprowadzili. Ich plan był taki - w zamian za uwolnienie Schleyera domagali się oswobodzenia z więzienia swoich kompanów, m.in. przywódcy RAF Andreasa Baadera. Niemiecka policja natychmiast rozpoczęła śledztwo na ogromną skalę. Mimo iż parokrotnie udawało jej się znaleźć trop, cały czas pozostawała krok za terrorystami. A całą operację śledzili z więzienia w Stammheim, dzielnicy Stuttgartu, przebywający tam członkowie kierownictwa Frakcji Armii Czerwonej: Andreas Baader, Gudrun Ensslin i Jan-Carl Raspe.

Proces tzw. pierwszego pokolenia RAF rozpoczął się w maju 1975 roku - w chwili ogłoszenia wyroku w kwietniu 1977 roku żyło i siedziało w Stammheim tylko troje terrorystów, właśnie Baader, Ensslin i Raspe. Wcześniej jeden z oskarżonych Holger Meins zmarł podczas głodówki podjętej przeciwko warunkom w areszcie, a Ulrike Meinhof powiesiła się na kracie w oknie swojej celi rok po rozpoczęciu procesu. Przywódcy RAF usłyszeli wyrok dożywocia za liczne morderstwa i usiłowanie dokonania morderstwa. W wyniku zamachów bombowych na kasyno oficerskie US Army we Frankfurcie i amerykańską kwaterę wojsk w Heidelbergu zginęło czterech żołnierzy, 18 zostało rannych. W zamachach w Augsburgu, Monachium, Karlsruhe i Hamburgu zginął jeden człowiek, a kilkadziesiąt osób zostało rannych. Baadera, Ensslin i Raspego miało uwolnić porwanie Schleyera.

Kiedy stało się jasne, że rząd Helmuta Schmidta nie pójdzie na układ z terrorystami i nie uwolni skazanych, pozostali na wolności członkowie RAF z wyznaczoną przez Baadera nową szefową Brigitte Monhaupt postanowili wzmocnić nacisk. Monhaupt przewodziła grupie RAF, która udała się do Bagdadu i wynegocjowała z Wadim Haddadem z Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny porwanie samolotu Lufthansy. Władze Republiki Federalnej miały od 13 października nowy kłopot.

W nocy z 13 na 14 października „Landshut” leci z Larnaki w kierunku Bejrutu, ale Libijczycy nie pozwalają maszynie lądować. Lotniska w Damaszku, Bagdadzie i Kuwejcie też nie przyjmują porwanego samolotu. W tej sytuacji terroryści decydują się na lot do Bahrajnu i o godzinie 01.45 pilot Jürgen Schumann ląduje na lotnisku w Al-Muharrak, wyspie położonej na północ od Manamy, jedynym porcie lotniczym królestwa. Pas został opróżniony z blokujących go pojazdów w ostatniej chwili - terroryści i ich zakładnicy nie są tu mile widziani.

Sytuacja na pokładzie „Landshuta” pogarsza się z godziny na godzinę. Samolot stoi w upale, brakuje napojów, podczas postoju zakładnicy obawiają się, że może dojść do egzekucji, bo - jak myślą - w powietrzu raczej by nie strzelali. Stewardesa Dillmann awansuje - zostaje tłumaczką Martyra Mahmuda, który przypadkowo dowiaduje się, że druga stewardesa Anna-Maria Staringer ma urodziny. Przez radio żąda dostarczenia tortu, a potem zmusza wszystkich do zaśpiewania „Happy Birthday” - jedną ręką dyryguje, w dłoni drugiej trzyma pistolet… Jego tłumaczka ma przez chwilę wrażenie, że kapitan da się przekonać do wypuszczenia dzieci, najmłodszy pasażer ma trzy lata i - o dziwo - jeszcze ani razu nie zapłakał. Jednak nie ma na to czasu, „Landshut” rusza znowu w podróż i ląduje w Dubaju.

Schmidt jest nieugięty

W gabinecie kanclerza w Bonn obraduje sztab kryzysowy. Zebrani są zgodni, że nie będzie zgody na żądania terrorystów z RAF i Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. Jednak w pewnym momencie doradca kanclerza, minister Hans-Jürgen Wischnewski podsuwa szefowi karteczkę z pytaniem, czy jednak na wszelki wypadek nie przygotować samolotu do przewiezienia wypuszczonych na wolność Baadera, Ensslin, Raspego i Palestyńczyków. Otrzymuje karteczkę z odpowiedzią: „Przygotować samolot, ale dla ciebie”.

Przed północą z 15 na 16 października Wischniewski dociera do Dubaju. Po chwili ląduje druga maszyna z Niemiec, a na jej pokładzie grupa młodych, na oko bardzo wysportowanych mężczyzn. To żołnierze jednostki specjalnej GSG 9 stworzonej do walki z terrorystami po zamachu Palestyńczyków z Czarnego Września na sportowców z Izraela podczas olimpiady w Monachium w 1972 roku.

Wischnewski nawiązuje kontakt z władzami emiratu, żeby uzyskać pozwolenia na akcję niemieckich żołnierzy pograniczników - bo tak sklasyfikowana jest GSG 9 - na lotnisku. Również w Bonn trwają gorączkowe rozmowy telefoniczne w celu uzyskania zgody na atak. Kanclerz Schmidt próbuje przekonać do tego szejka Zayedza Bin Sultana Al Nahayana.

Tymczasem na pokładzie samolotu warunki stają się katastrofalne. Generatory nie działają, toalety są zapchane, śmierdzi fekaliami, zakładnicy siedzą bez ruchu skrępowani w fotelach. Terroryści mają lepiej - tylko oni używają toalety w przedziale first class. Niektórzy z pasażerów nie wytrzymują i przeklinają „zasranych polityków z Bonn, którzy nic nie robią”. Po południu w niedzielę 16 października „Landshut” wzbija się w powietrze. Szejk ustępuje pod groźbą zastrzelenia pierwszego pilota oraz rozstrzeliwania zakładników co pięć minut i nakazuje zatankować „Landshuta”. Do akcji GSG 9 nie dochodzi.

Oman nie przyjmuje samolotu Lufthansy, nie wydaje zgody na lądowanie także Jemen Południowy. Z braku paliwa samolot ląduje jednak w Adenie, chociaż betonowy pas został zablokowany pojazdami. Pilot osadza maszynę obok na pasie piasku. Władze Jemenu Południowego, który długo tolerował na swoim terenie obozy treningowe terrorystów, teraz nie chcą mieć z nimi nic wspólnego i nakazują im niezwłoczne opuszczenie lotniska. Mahmud chce startować, ale piloci nie są pewni, czy podczas lądowania nie uszkodzili podwozia. Pierwszy pilot Jürgen Schumann dostaje zgodę na opuszczenie samolotu i sprawdzenie wszystkiego. Przy tym znika na dłuższy czas. Na wołania drugiego pilota Jürgena Vietora nie odpowiada. Wraca pod eskortą żołnierzy jemeńskich i to decyduje o jego losie. Martyr Mahmud pierwszy raz traci kontrolę nad sytuacją i chce zareagować. Zwraca się do zakładników: „Jeśli ktoś podniesie głos, zostanie zabity, jeśli ktoś zapłacze, zostanie zabity”. Następnie uderza Schumanna w twarz i strzela mu w głowę. Jego ciało leży godzinami w przejściu. W samolocie pachnie krwią i śmiercią. Później porywacze przenoszą martwego na tyły i umieszczają w szafce. Nie przychodzi im to łatwo, a kiedy wracają - z dłońmi we krwi - wyglądają na zmieszanych, już nie promieniują taką pewnością siebie, jak wcześniej.

Mijają godziny. Po drugiej w nocy 17 października „Landshut” startuje i leci w kierunku Somalii.

Łzy kanclerza

Samolot ląduje w Mogadiszu dwie godziny później. Mahmud daje Niemcom nowy termin - czeka na informacje do godziny 15.00.

Wczesnym popołudniem wieża lotniska odbiera apel stewardesy Gabriele Dillmann: „Wiemy już, że musimy umrzeć, spróbujemy być tak dzielni, jak to tylko możliwe. Jesteśmy zbyt młodzi, żeby umierać, nawet ci starsi wśród nas. Powiedzcie mojej rodzinie, mojemu narzeczonemu - nazywa się Rüdiger von Lutzau - że byłam dzielna, powiedzcie mu, że go kocham… W rządzie niemieckim są ludzie, którzy są odpowiedzialni za naszą śmierć. Mam nadzieję, że będą mogli żyć dalej, mając naszą śmierć na sumieniu”.

Terroryści zaczynają przygotowywać samolot do wysadzenia. Krępują zakładników, oblewają ich znalezionymi w maszynie alkoholem i perfumami. Jednak na krótko przed upływem terminu niemiecki dyplomata Michael Libal informuje terrorystów, że dojdzie do wymiany - więźniowie zostaną zwolnieni. Na dostarczenie ich do Mogadiszu Niemcy potrzebują dodatkowych siedmiu godzin. Dostają je.

Od 11.54 na lotnisku jest już Hans-Jürgen Wischnewski. Jako jedyny z delegacji rządu federalnego może opuścić maszynę i spotkać się z prezydentem Siadem Barre. Ten zgadza się na lądowanie samolotu z jednostką GSG 9 dopiero po interwencji kanclerza Schmidta i znaczących polityków arabskich. O 17.45 samolot z GSG 9 ląduje w Mogadiszu.

Porwany Boeing 737 „Landshut” po remoncie powrócił do służby w Lufthansie. W 1985 sprzedano go do Brazylii

Siedem minut po północy na zewnątrz wybuchają granaty hukowe, drzwi „Landshuta” otwierają się z trzaskiem i do środka wpadają antyterroryści z GSG 9. Słychać krzyki: „Gdzie są te świnie?” - „Z przodu” - odpowiada jeden z zakładników. Mężczyźni z bronią i uszminkowanymi na czarno twarzami pędzą po korytarzu, rzucając na boki: „Głowy nisko! Głowy nisko!” Jeden z terrorystów rzuca granat, potem drugi, które na szczęście mają plastikowy płaszcz i nie wyrządzają wielkich szkód. Słychać strzały, a po chwili pogranicznicy z GSG 9 kierują zakładników do wyjścia… „Operacja Magia Ognia” trwa siedem minut.

Trochę później do kanclerza Schmidta dzwoni Hans-Jürgen Wischnewski: „Robota wykonana” - melduje do słuchawki. Z drugiej strony chwila napięcia i pytanie: „Ilu zabitych?” - „Ani jednego” - mówi Wischniewski. Kanclerzowi napływają do oczu łzy. Troje terrorystów zginęło. Przeżyła ciężko ranna jedna z porywaczek. Ranni zostali stewardesa Gabriele Dillmann i dwaj inni zakładnicy. Jeden antyterrorysta dostał postrzał w szyję, dwaj inni zostali trafieni w kamizelki kuloodporne.

Odbicie zakładników w Mogadiszu dociera natychmiast do Stammheim, gdzie siedzą członkowie RAF. Raspe ma ukryte w celi małe radio i słyszy wiadomość o akcji GSG 9. Przekazuje ją Baaderowi i Ensslin. Wszyscy rozumieją, że upadła ich nadzieja na powodzenie szantażu. Cała trójka popełnia tej samej nocy samobójstwo - broń przemycił do więzienia ich adwokat. Taka jest oficjalna wersja…

RAF nie osiągnęła swojego celu - wymuszenia zwolnienia swoich przywódców. To przypieczętowało los porwanego Hannsa Martina Schleyera. Kilka godzin po śmierci w Stammheim Baadera, Ensslin i Raspego będąca na wolności Brigitte Monhaupt przekazuje pilnującym Schleyera w Brukseli wiadomość: „Towar się zepsuł”. Terroryści opuszczają kryjówkę, każą Scheyerowi wejść do bagażnika samochodu i po drodze do Mülhausen zabijają go, zostawiając w bagażniku audi 100 zaparkowanego w Mülhausen.

Zwycięstwo państwa prawa

Tak zakończyła się wielka akcja RAF, będąca jednocześnie największą klęską tej organizacji. Niemieckie państwo wygrało z ultralewicowym terrorem, chociaż walka pochłonęła 34 ofiary, a w czasie tzw. Niemieckiej Jesieni 1977 roku RFN znajdowała się w sytuacji niewypowiedzianego stanu wyjątkowego ze względu na zagrożenie zamachami. Rewolucjoniści spod znaku partyzantki miejskiej zostali wyłapani i zagrożenie zniknęło.

Pewnie warto uratować niszczejący w Brazylii „Landshut” (szacowany koszt: milion euro, ale zysk nie materialny - bezcenny). Po akcji w Mogadiszu nie miał prawie uszkodzeń. Pociski terrorystki ostrzeliwującej się z toalety przebiły powłokę ciśnieniową kadłuba. Uszkodziły ją także strzały antyterrorystów, którzy zastrzelili terrorystkę przez drzwi toalety. Już cztery tygodnie po porwaniu boeing Lufthansy podjął służbę, ale pod inną nazwą. Został sprzedany w 1985 roku amerykańskim liniom Presidental Airways, potem osiem razy zmieniał właściciela. Od 2002 roku latał w brazylijskiej spółce TAF Linhas Aéreas. Teraz mógłby przypominać o zwycięstwie w walce z terrorystami i dodawać wiary w państwo w chwili, kiedy Republika Federalna znów jest zagrożona zamachami, a przed władzami stoi zadanie zapewnienia bezpieczeństwa jej mieszkańcom. Dobrze by było nie tylko dla Niemców, żeby to się jeszcze raz udało.

Andrzej Dworak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.