Mamy to jak w banku. Co? Największy zbiór ziemniaczanych genów

Czytaj dalej
Fot. Radek Koleśnik
Krzysztof Marczyk

Mamy to jak w banku. Co? Największy zbiór ziemniaczanych genów

Krzysztof Marczyk

Król polskich stołów, czyli ziemniak, kartofel, pyra albo grul, ma swoją stolicę. To Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin - Państwowy Instytut Badawczy Oddział w Boninie.

- Ziemniak ma więcej witaminy C niż cebula. Zawiera też witamy z grupy B i dużo potasu. To roślina nie tylko spożywcza i związana z wytwarzaniem spirytusu, ale również biotechnologiczna. Skrobia ziemniaczana znajduje coraz szersze zastosowanie jako polimer naturalny, który będzie można wykorzystać do produkcji biodegradowalnego plastiku. A to prawdziwy przełom - słyszymy w Boninie.

Po co gromadzić kartoflane geny

Bank w Boninie należy do jednych z większych na świecie, bo zawiera ponad 1600 odmian ziemniaka, w tym wszystkie - a jest ich ponad 300 - rodzime, polskie. Dla porównania podobna placówka w Peru przechowuje ponad 4000 tysiące odmian.

Po co tworzy się banki genów?

W celu optymalizacji hodowli, to znaczy, by plony był wydajniejsze, by ziemniaki rosły szybciej, by były większe - zależy, czego potrzebujemy. Chodzi też o odporność na zmieniające się i coraz trudniejsze warunki atmosferyczne i ogółem zmiany klimatyczne, a także ze względów bezpieczeństwa (izolowanie wirusów).

- Naszym zadaniem jest utrzymywanie zasobów w stanie żywym i ewentualne ich udostępnianie - mówi mgr inż. Dorota Michałowska z Zespołu Banku Genów Ziemniaka. - Wszystkie nasze odmiany są w stu procentach zdrowe, wolne od wirusów ziemniaka. Przechowywane są w środowisku zamkniętym, więc nie ma możliwości ponownej infekcji z zewnątrz. Są bardzo cenne. To jedyne źródło materiału wyjściowego dla całej hodowli ziemniaka w Polsce oraz materiał do badań wspomagających hodowlę, z którego korzystają uczelnie. Stare polskie odmiany - których nigdzie indziej już nie ma - udostępniamy też rolnikom czy działkowcom - dodaje nasza rozmówczyni.

Zasoby genowe ziemniaka przechowywane są w formie roślin in vitro (łac. w szkle).

- W latach 70. XX wieku zaczęły powstawać pierwsze banki genów in vitro w Niemczech, Czechach i Szkocji - mówi Dorota Michałowska. - W Polsce też zdecydowano, że trzeba postawić na tę metodę utrzymywania zasobów. I pod tym właśnie kątem powstał nasz budynek. Spełnia określone warunki: 10 stopni Celsjusza, 16 godzin światła dziennego, osiem godzin nocy oraz odpowiedni skład podłoża dla bulw. Co roku robiony jest przegląd stanu roślin. Trwa sześć miesięcy, wykonuje go pięć osób.

Po co nowe odmiany

Normalnie proces hodowlany ziemniaka trwa od 17 do 20 lat. W tym czasie uzyskiwana jest bulwa-matka, od której pochodzić będą kolejne ziemniaki. Coraz powszechniejsza staje się jednak biologia molekularna, dzięki której hodowcy są w stanie skrócić cały proces do trzech lat. To ważne wobec postępujących zmian klimatycznych. Przykład pierwszy z brzegu - potrzebne będą odmiany odporne na suszę.

- Ale nawet jeżeli już mamy odporną odmianę o dobrych cechach użytkowych, czyli z płytkimi oczkami, o dobrym smaku i z dużą zawartością antynowotworowych antocyjanów, to nie oznacza, że choroby będą stały w miejscu. W grę wchodzi zmienność genetyczna, nieustanna ewolucja. Dlatego trzeba tworzyć nowe odmiany ziemniaków i innych roślin - mówi Krzysztof Treder, zastępca kierownika w instytucie w Boninie.

Drugi powód tworzenia odmian to plenność, czyli wydajność i optymalizacja hodowli. Dziś można uzyskać z hektara od około 60 do 100 ton ziemniaków. Kiedyś było to maksymalnie 20 ton.

A co z GMO, czyli mającą wielu przeciwników żywnością genetycznie modyfikowaną?

- Wszystkiego można użyć w dobrym lub złym celu. Zależy od intencji - odpowiada Krzysztof Treder. - Na razie, jako Europa, strzelamy sobie w kolano, ograniczając GMO. Stany Zjednoczone, Chiny, Brazylia czy Indie nie stoją w miejscu. W oparciu o same biopreparaty, ekologiczne rozwiązania, sobie nie poradzimy. Czasu jest mało. Hodowla trwa długo. Jeśli teraz będziemy tworzyć takie odmiany, które będą tolerowały suszę i wysoką temperaturę, to, niestety, nie zdążymy. I będzie głód. Nadzieją, by tego uniknąć, jest GMO. Miałem przyjemność poznać noblistkę, Jennifer Doudnę, która stworzyła najnowszy rodzaj GMO, tzw. nożyczki molekularne. To precyzyjny sposób na to, by wprowadzić pojedynczą zmianę w genomie. Na przykład mamy ziemniaka z jedną wadą - jest podatny na jakąś chorobę. Można to usunąć, a resztę zostawić bez zmian. I nie będzie trzeba go pryskać środkiem przeciwko mszycom. GMO sprawia, że nie stosujemy pestycydów, czyli mamy zdrowsze ziemniaki i dobre plony. To jest idea ekologicznego ziemniaka. Chodzi o to, by stosować takie procesy, które i tak zaszłyby w naturze, ale później. Niestety, klimat nie poczeka. Wirusy i choroby też. Dlatego w ten sposób trzeba się bronić. Patrzmy na przyrodę, obserwujmy ją, wyciągajmy wnioski - podsumowuje nasz rozmówca.

Nie samym ziemniakiem naukowiec żyje

- Mamy badania, mamy projekty. Ale wynagrodzenie plus pensja z grantu to jest mniej niż oferuje większość firm. Dlatego jest duży odpływ kadr, zostają pasjonaci. Bez wysokich wynagrodzeń, konkursów, stawiania wymagań, ściągania ludzi z Zachodu, którzy pomogliby w kształceniu takich kadr, się nie obejdzie, jeśli chcemy tworzyć innowacje. Potrzebne są elity intelektualne - nie ukrywa Krzysztof Treder.

Jest absolwentem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, z wykształcenia biochemikiem, biologiem molekularnym. Z tej uczelni w instytucie przewinęło się sporo osób. Jest też sporo absolwentów Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego. Trzecie najbardziej istotne źródło kadr to Politechnika Koszalińska. Do niedawna był tu kierunek Technika Rolnicza i Leśna.

- Bardzo żałuję, że już go nie ma. Najlepsze kadry to absolwenci tego kierunku. Nie dość, że umieli pracować w laboratorium, to mieli ogólną przyrodniczą wiedzę - mówi Treder.

Podkreśla, że problemem polskiej nauki jest wysokość wynagrodzenia. Ludzie zatrudniają się w firmach, gdzie mogą zarobić znacznie więcej.

- I nie chodzi tu tylko o naszą branżę. W ten sposób nasz kraj traci naukowców. Jeśli nie chcemy być tylko montownią - nawet jeśli bardzo dobrą - a wskoczyć na poziom wyżej, na high-tech, to potrzeba nam ludzi. I trzeba ich jakoś zachęcić do pozostania tutaj, by tworzyli innowacyjne rzeczy na uczelniach i w instytutach badawczych - dodaje nasz rozmówca.

O placówce

1 lutego 1962 roku Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Warszawie przejął Państwowe Gospodarstwo Rolne Bonin wraz z gospodarstwem Mierzym (k. Bonina. Na ich bazie utworzył Stację Hodowlano-Badawczą Bonin. Znajdują się tu pracownie: Diagnostyki Molekularnej i Biochemii, Nasiennictwa Ziemniaka, Zasobów Genowych i Kultur in Vitro oraz Ochrony Ziemniaka.

Nim jednak placówka nabrała obecnych kształtów, wiele się zmieniło na przestrzeni lat.

1 sierpnia 1966 roku powołano Instytut Ziemniaka z siedzibą w Boninie jako samodzielną jednostkę badawczo-rozwojową, podległą ministrowi rolnictwa.

W 1995 r. Instytut Ziemniaka otrzymał nowy statut, zgodnie z którym jego zadaniem było „prowadzenie prac badawczych, wdrożeniowych, upowszechnieniowych, normalizacyjnych i usługowych, służących produkcji ziemniaka w Polsce”. Podstawowych źródłem finansowania był budżet państwa i były to środki niewystarczające. W związku z tym najpilniejszym zadaniem było przeprowadzenie wewnętrznej restrukturyzacji oraz redukcji zatrudnienia.

W 1997 r. Instytut Ziemniaka został przyłączony do IHAR w Radzikowie i został oddziałem IHAR w Boninie.

W 2002 r. została przeprowadzona duża redukcja zatrudnienia. Oddział w Boninie stał się Zakładem Nasiennictwa i Ochrony Ziemniaka.

W kwietniu 2022 roku funkcję kierownika Oddziału IHAR-PIB w Boninie objął dr inż. Grzegorz Hury, zastępcą został dr hab. Krzysztof Treder, natomiast funkcję kierownika naukowego ZNiOZ w Boninie pełni dotychczasowy kierownik, dr hab. inż. Włodzimierz Przewodowski.

- W 1995 roku była tu rzeka ludzi - mówi dr hab. Krzysztof Treder. - Pracowało kilkaset osób. Ale przyszły redukcje. Instytut potraktowano jak relikt przeszłości, komunistyczny przeżytek. Dużo ludzi, specjalistów w swoich dziedzinach, wyjechało do Stanów czy do Anglii. Zostało nas 20 osób. Była też próba likwidacji w 2002 roku. Wtedy obroniłem doktorat i dostałem w zamian wypowiedzenie. Ale po interwencji w ministerstwie udało się instytut zachować. Argumentem było to, że jednym z wymogów unijnych jest, by każdy kraj członkowski miał swoje rezerwy genetyczne, banki genów - nie tylko kluczowych upraw, ale też zwierząt hodowlanych. I to nas uratowało. Mamy jedyny bank genów w Polsce, dzięki niemu istniejemy - przyznaje.

Krzysztof Marczyk

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.