Hrubieszów - może to nie Nowy Jork, ale...

Czytaj dalej
Fot. Łukasz Kaczanowski
Gabriela Bogaczyk

Hrubieszów - może to nie Nowy Jork, ale...

Gabriela Bogaczyk

- Gdzie on tu będzie grał? Przecież nie ma kasyna - martwi się jeden z mieszkańców. Hrubieszów stał się gwiazdą mediów po tym, jak estoński pokerzysta zapowiedział swój przyjazd, bo przegrał zakład.

Danuta i Jerzy poznali się w kościele. Siedzieli ze sobą w ławce. On wdowiec, ona wdowa. Oboje na emeryturze. Dzisiaj są już pięć lat małżeństwem.

- Jego żona odeszła do Pana po chorobie. Jurkowi było źle samemu. I tak się pobraliśmy - uśmiecha się pani Danuta, która pochodzi z Werbkowic. Mówi, że Hrubieszów dobrze zna, bo przyjeżdżała tu od zawsze: do urzędów, na zakupy, do lekarzy, do kościoła. - Jak się pobraliśmy, to oboje zamieszkaliśmy w Hrubieszowie. Dużo młodych osób wyjechało daleko stąd za granicę. Ale czy tam lepsze życie mają? - zastanawia się.

W Hrubieszowie żyje się im spokojnie. - Przynajmniej nikt nie goni. Na emeryturze nie ma się już takich obowiązków na głowie. Można pójść na spacer do parku, na lody, na Rynek - mówi pan Jerzy.

I dodaje, że do parku chodzi mało ludzi, bo jest problem z gawronami. - Można wyjść, delikatnie mówiąc, zabrudzonym. W innych miejscowościach poradzili sobie z tym jakoś. U nas też próbowano, ale to nic nie dało.

Hrubieszów - może to nie Nowy Jork, ale...
- Na pewno nie będę się w Hrubieszowie nudził - mówi Jannar Kokk, estoński pokerzysta

Burmistrz tłumaczy, że w parku Solidarności jest 80 gniazd, co daje około 160 gawronów. Gmina zakupiła nawet drona za 4 tys. złotych do odstraszania ptaków.

- W czasie nalotu urządzenie emituje dźwięki ptaków drapieżnych, które mają płoszyć wrony. Dzięki temu możemy podpatrzeć też, czy w gniazdach znajdują się jajka. Tego drona używa także policja, aby szukać osób zaginionych - chwali się Tomasz Zając, burmistrz.

Wrony nadal siedzą w parku, dlatego małżeństwo siedzi na ławce przy fontannie na Rynku.

- Zawsze mówią, że ściana wschodnia jest biedna. W telewizji pokazywali, że właśnie dlatego przyjechał do Hrubieszowa jakiś znany pokerzysta. Jesteśmy trochę zaskoczeni tym, że wybrał tak dalekie miejsce. Uważamy, że to przesada nazywać Hrubieszów dziurą, jak to niektórzy robią. Chociaż może się już przyzwyczailiśmy, bo jesteśmy tu długo - mówi pani Danuta.

Przy tej samej fontannie spędza czas rodzina, gdzie imię każdej osoby rozpoczyna się na literę A. Ania i Andżela chlapią się wodą z fontanny. Mają po 10 i 9 lat. Rodzice to Agata i Artur. W domu została jeszcze dwójka starszych dzieci: Arek i Amelka.

- Był u nas Chajzer i już to wystarczy. Nie ma co ukrywać, jest to dziura, ale nie aż taka. Okolice nasze są naprawdę ładne. Jak ktoś chce znaleźć coś do robienia, to na pewno znajdzie. Mamy na przykład kino, grają filmy nawet w 3D - mówi pani Agata.

I dodaje, że w Hrubieszowie panuje święty spokój, nikt nikogo nie zaczepia, nic się nie dzieje.

- Ale z pracą jest ciężko. Energetykę wywieźli nam do Tomaszowa Lubelskiego, główny zakład to chyba szpital teraz - zaznacza pan Artur.

Dlatego założyli własny sklep na obrzeżach Hrubieszowa. Chcieli w centrum, ale czynsz był bardzo wysoki.

- Starsi ludzie nie jeżdżą po marketach. Najczęściej kupują u nas mleko, chleb, bułki. Chociaż, najwięcej to schodzi alkoholu - wylicza.

Hrubieszów to wedle małżonków miasto kościołów, ciucholandów i banków. - Jest bank na banku, więc chyba ludzie muszą brać pożyczki. Palców zabraknie, by je wszystkie zliczyć - dodaje pan Artur.

W mieście brakuje im najbardziej atrakcji. - Na deptaku jest jeden bar i kebab. Ale nie ma gdzie wyjść z przyjaciółmi. Mieliśmy kiedyś klub Viva na dole pod Stokrotką. A w tej chwili nie ma gdzie potańczyć, chociaż raz w miesiącu, a człowiek by się wyrwał po pracy - marzy pani Agata.

Przygoda, nie zesłanie

Od kilku dni w Hrubieszowie czas spędza Jannar Kokk, estoński pokerzysta. Trafił tu, bo przegrał zakład z kolegą. Za karę miał wyjechać na miesiąc do największej dziury Unii Europejskiej. Padło na Hrubieszów.

- Uznaliśmy, że ktokolwiek przegra nie będzie przegranym, bo oboje chcieliśmy wziąć udział w tej przygodzie. Z tym, że na początku kara miała obowiązywać przez rok. Do wyboru był też drugi wariant, który polegał na płaceniu 5 euro zwycięzcy codziennie przez 12 miesięcy. Od razu odrzuciłem tę drugą opcję, bo to byłoby po prostu nudne - wyjaśnia Jannar. Podkreśla, że pobyt w Hrubieszowie to dla niego nie kara, ale przeżycie.

Przyznaje, że na liście propozycji było wiele miejscowości na świecie, m.in. we Włoszech i Finlandii.

- Nie ukrywam, że powodem, który zaważył na tym, że wybraliśmy Hrubieszów, była wiadomość, że stąd pochodzi Henry Orenstein. Każdy w branży go zna - przyznaje Estończyk. Orenstein to pokerzysta, który zrewolucjonizował tę grę, jest także twórcą słynnych Transformersów.

Jannar zna na razie dwa słowa po polsku. - „Dziękuje” i „tak”. Sporo ludzi nie mówi po angielsku, więc będę musiał się szybko nauczyć - żartuje pokerzysta. Jakie są jego pierwsze wrażenia? - Ludzie na wschodzie Polski są bardzo mili i racjonalni. Zaskoczyło mnie to, że są tacy przyjaźni, otwarci i wyluzowani. W Warszawie się tego nie spotyka - zaznacza.

Co będzie robił w Hrubieszowie przez miesiąc? - Na pewno nie będę się nudził. Jest kino, siłownia, rowery. Chcę pozwiedzać miasto. A poza tym będę normalnie żył i pracował online, dlatego nieważne, czy jestem w Anglii, Hiszpanii czy w Hrubieszowie - tłumaczy Jannar.

Automaty zamiast kasyna

- Tylko nie będzie miał u nas gdzie grać, bo w Hrubieszowie nie ma kasyna. Są automaty, ale co z tego, jak i tak nie mamy za co? - mówi Grzegorz. - Ogólnie nie ma się z czego cieszyć. Hrubieszów to nie Nowy Jork, ale to dla mnie i tak chyba byłyby za głębokie wody, bo nie znam angielskiego. Może i lepiej jest tutaj? - zastanawia się.

Na co dzień Grzegorz pracuje w miejskiej spółce w Hrubieszowie. Popołudnia spędza z kolegami na podwórku. Tłumaczy, że jakoś nie może stąd wyjechać za granicę, bo mimo wszystko od urodzenia czuje się związany z tym miejscem.

- To pewnie takie głupie przywiązanie, ale nic innego mi nie pozostaje. Robi się co może, żeby jeszcze parę złotych dorobić, jak się ma dzieci i rodzinę - wyjaśnia. Dodaje, że z reguły ludzie w Hrubieszowie zarabiają najniższą krajową. - Z tego, co mówią, to u nas jest zadupie, a wszystko jest najdroższe. Nawet w Zamościu jest taniej niż u nas - irytuje się.

Czego najbardziej mu brakuje? - Mnie specjalnie niczego. Ja się już wyszalałem, ale młodzież nie ma gdzie pójść. Wkoło są kąpieliska, a tutaj nic. Wystarczy, że na łąkach by dziurę wykopali i staw zrobili. Żeby się popluskać, trzeba jechać do Zamościa, bo w Hrubieszowie jest jedna rzeczka - tłumaczy.

Ta rzeka to Huczwa. Pani Ewa śpieszy się do pracy w szpitalu i właśnie przechodzi przez most nad rzeką. Od 30 lat jest tu położną.

- Mniej się rodzi dzieci. Po około 400 rocznie na 18-tysięczne miasto, ale ciągle nas ubywa. Kiedyś było więcej. Nasze miasto się starzeje - zauważa. Zaobserwowała, że w Hrubieszowie rodzice wracają do nadawania starszych imion. Na porodówce popularne są Zosia i Janek.

- W Hrubieszowie żyje się cicho i dobrze. Wiem, że przyjechał tu ten pokerzysta, niby za karę. Ale czy to męka dla niego? On jest z Estonii, tam też chyba cudów nie ma, bo to była radziecka republika. Na pewno się przyzwyczai, może trochę uspokoi? - zastanawia się pani Ewa.

Niedaleko szpitala mieszka 65-letni Bolek. Właśnie ma zamiar pojechać rowerem na cmentarz. - Jak się żyje w Hrubieszowie? - powtarza pytanie. - Biednie - mówi krótko. - Syn chciał mnie zabrać do Anglii, ale nie przesadza się starych drzew. Człowiek by nie mógł żyć. Z kim ja miałbym tam rozmawiać? - pyta.

Pan Bolek jest hodowcą gołębi. Jeszcze niedawno miał ich setkę, ale część oddał kolegom. Zostało ze trzydzieści.

- Mam wszystkie gatunki: szaryki, graniaste, białogłówki. Tato trzymał gołębie i ja też. Lubię sobie tak na nie patrzeć. Położę lustro na ziemi i się im przyglądam, jak są w niebie. Nie muszę patrzeć wtedy do góry. Tylko jeden z gołębi ma imię. Nazywa się Kubuś. - Ale on jest łobuz, grucha non stop z tą białą - pokazuje. - Czasem siada też na parapecie i puka mi dzióbkiem do okna.

Pani Basia prowadzi lodziarnię w Hrubieszowie, która słynie z pysznych świderków.

- Kiedyś miałam ciuchy, ale już się nie opłaca. Pracy nie ma w okolicy, więc trzeba było pomyśleć o czymś własnym. Widać, że dużo młodzieży włóczy się po mieście, bo nie ma co robić. Przydałoby się więcej wydarzeń i imprez na Rynku. Jeśli już coś się dzieje, to dowiaduję się o tym w ostatniej chwili, bo nie ma nigdzie informacji. Myślę, że warto by też odnowić stare kamienice, by przyciągnąć do miasta ludzi. Naprawdę, mamy piękną kulturę, a nie ma tu turystów - opowiada.

A co według niej koniecznie trzeba zwiedzić w Hrubieszowie? - Nasza cerkiew ma trzynaście kopuł. Są tylko dwa takie miejsca w Europie - mówi z dumą.

Piękne zaułki i gra z Jannarem

Przy ul. Rynek Sutki spotykamy Mieczysława Zapałę. Pytamy, co to są te sutki?

- Sutki to stara, potoczna nazwa małych kramów. Przed wojną była to ulica ze sklepami żydowskimi. Można było dostać garnki, firanki, mydło i powidło - opowiada. W mieście przed wojną działał również żydowski szpital chorób sekretnych. Czyli jakich? - Wenerycznych - odpowiada.

Mieczysław Zapała działa w kulturze. Niedawno zajmował się odbudową mogił kolejarzy, którzy zostali zamordowani przez nacjonalistów ukraińskich.

- Teraz będziemy robić mogiły trzech żołnierzy spod Monte Cassino, którzy pochodzą z naszej ziemi hrubieszowskiej. To będzie duża chwała dla Hrubieszowa, bo wiele osobistości przybędzie do miasta - mówi.

Uważa, że to dobrze, że estoński pokerzysta wybrał jego miasto. - Pozna Hrubieszów, może przekaże wrażenia następnym kolegom, którzy przegrają zakład i zjadą tu kolejni - ma nadzieję.

Nie ukrywa, że jest bardzo związany z miastem. Opowiada, że na Rynku stoi pomnik Żołnierza Polskiego Państwa Podziemnego Ziemi Hrubieszowskiej.

- Przez kilkanaście lat niedokończona bryła leżała w trawie, bo zmarł rzeźbiarz. Pomnik odsłonięto dopiero w 2009 roku. Dobrze, że go dokończono, bo ta ziemia jest nasiąknięta krwią - podkreśla pan Mieczysław.

Zapewnia, że w Hrubieszowie można robić wszystko.

- Mamy piękny stadion wyremontowany, siłownię, muzeum. Zaułki naszego miasta są naprawdę piękne. Jesteśmy w XXI wieku, nie mamy się czego wstydzić. Hrubieszów to nie jest dziura. Wiem, bo tu się urodziłem i wychowałem. Ani myślę o wyprowadzce - zapewnia.

Prowadzi nas jeszcze w jedno miejsce, na róg ulicy Narutowicza i Targowej. - Kiedyś tu była szkoła odzieżowa, a w czasie wojny Niemcy wybudowali kasyno z klinkierówki - dodaje.

Obecnie kasyna nie ma, ale za to Jannar Kokk postanowił zorganizować w weekend karciany turniej dla mieszkańców. Żeby lepiej się z nimi poznać i przełamać pierwsze lody.

- Będą niskie stawki i poziom gry dostosowany do umiejętności każdego. Pieniądze przekażemy potrzebującym, osieroconym dzieciom - zapowiada.

Gabriela Bogaczyk

Zajmuje się ochroną zdrowia i sprawami społecznymi.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gs24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.