Dawid Kwiatkowski: Spróbowałem już w życiu wszystkiego, poza jakimiś hardkorowymi narkotykami

Czytaj dalej
Fot. Sylwia Dąbrowa
Paweł Gzyl

Dawid Kwiatkowski: Spróbowałem już w życiu wszystkiego, poza jakimiś hardkorowymi narkotykami

Paweł Gzyl

Jego rodzice mieli alkoholowy problem. Dlatego już w młodości uciekł z domu w inny świat. Sam jednak nie zatracił się w hedonizmie i szybko się ustatkował.

Kiedyś nazywano go „polskim Justinem Bieberem”. Dziś irytuje się na to określenie. Od czasu, kiedy debiutował jeszcze jako nastolatek minie bowiem w przyszłym roku dziesięć lat. W tym okresie wyrósł na dojrzałego piosenkarza i showmana. Dowodem tego choćby jego ubiegłoroczna płyta, ale również jurorowanie w popularnym programie „The Voice Kids”. A przecież jego „dorosła” kariera właściwie dopiero się rozpoczyna, bo przecież ma zaledwie 26 lat.

- Ciągle walczę o swoje miejsce na scenie i chociaż wydaje mi się, że jak na razie wszystkie bitwy wygrywam, to wojna ciągle trwa. Już na początku mojej kariery nazywano mnie artystą jednego sezonu, który będzie grał rok, może dwa lata. A tymczasem za niebawem będę świętował dziesięciolecie swojej działalności muzycznej, więc na szczęście wszyscy ci ludzie mocno się pomylili – mówi w serwisie Interia.

Przedwczesna dojrzałość

Wychował się w Gorzowie Wielkopolskim u boku dwóch starszych braci. Jego mama jest laborantką, a tata – lakiernikiem samochodowym. Rodzice starali się zapewnić swym dzieciom jak najlepsze dzieciństwo, ale niestety mieli problem alkoholowy. Dwaj starsi bracia szybko wyprowadzili się z domu i zostawili z tą sytuacją Dawida samego. Chłopak znalazł jednak w sobie siłę, aby zmobilizować najbliższych na terapię.

- Próbowałem ich namawiać na leczenie w ośrodkach odwykowych, jednak często dostawałem telefony, że mama na własne żądanie przerwała terapię. Nie poddawałem się jednak i w końcu się udało. Być może oboje zrozumieli, że kiedy oni nieustannie będą się od nas odwracać, to nas stracą na zawsze. Od sześciu lat nie piją. Jestem z nich naprawdę bardzo dumny – wyznaje w Onecie.

Problemy w domu sprawiły, że Dawid początkowo był młodym buntownikiem. Jeszcze w podstawówce przefarbował włosy na czarno i nosił kolczyki. Nie obyło się również bez palenia papierosów i popijania wina za szkołą. Kiedy dostał się do liceum, nie zagrzał w nim za długo miejsca. Przerwał szkołę w drugiej klasie i... już nigdy jej nie dokończył.

- Chciałem wrócić do nauki. „Chodziłem” do szkoły przez internet. Wysyłano mi codziennie materiały, a ja musiałem odesłać odpowiedzi. Po roku miałem się zjawić na egzaminach. Dostałem na e-maila terminy egzaminów i okazało się, że pokrywają mi się z koncertami. Nie dało się tego odwołać, umowy były już podpisane, a w szkole nie rozumieli, jak to jest, że skoro nie ma mnie przez cały rok, to nie mogę przyjść w ten jeden jedyny dzień – opowiada w „Vivie”.

„Złoty” chłopak

Jego starszy brat Michał już jako dziecko przejawiał muzyczne talenty. Kiedy podrósł, wyjechał na studia do Paryża i tam spróbował swych sił jako wokalista. Dzięki udziałowi w telewizyjnym talent show-odniósł sukces i zaczął robić karierę. Dawid był w niego zapatrzony i też chciał śpiewać. Rodzice myśleli, że to jedynie przelotna fascynacja, więc niespecjalnie go wspierali. Sytuację pogorszył fakt, że kiedy chłopak miał 13 lat, wykryto u niego guzki na strunach głosowych.

- Mogłem stracić głos na amen. Pamiętam, że pojechaliśmy z rodzicami do Szczecina do lekarza, który powiedział, że mogę śpiewać, ale będę miał głos jak Rod Stewart. Nie miałem pojęcia, kto to jest, więc rodzice puścili mi jego piosenki. Bardzo mi się nie spodobało i trochę się podłamałem. Ale lekarz powiedział, że są szanse, że podczas mutacji to mi przejdzie samo. Tylko trzeba czekać. Czekałem trzy lata. Po mutacji pobiegłem do foniatry i okazało się, że wszystko jest w porządku – wspomina w „Vivie”.

Dawid zaczął zgłaszać się na różne castingi i pojawiły się pierwsze sukcesy. Kiedy wygrał jeden z przeglądów, dostał w nagrodę tysiąc złotych, za co kupił swą pierwszą gitarę. Nauczył się na niej wykonywać różne covery i wpadł na pomysł, by nagrywać krótkie filmiki ze swymi występami i wrzucać je do internetu. Pomysł okazał się świetny: wkrótce odezwał się do niego „łowca” talentów i zaproponował współpracę. Choć Dawid miał zaledwie szesnaście lat, przeprowadził się do Warszawy i zaczął zdobywać sławę.

- Moja pierwsza płyta pokryła się złotem dwa tygodnie przed premierą. Pamiętam, że mieszkałem wtedy jeszcze u znajomych, bo na własne mieszkanie w Warszawie nie było mnie stać. Ludzie kupili 15 tys. sztuk krążka po usłyszeniu zaledwie jednego singla. Byłem z siebie dumny, że zaryzykowałem i w tak młodym wieku wyjechałem z domu. Później dziękowałem rodzicom, że mi zaufali – podkreśla w Onecie.

Próbując wszystkiego

Sukces pierwszej płyty Dawida sprawił, że chłopak natychmiast wyruszył w trasę koncertową. Nowy tryb życia bardzo mu się spodobał. Tym bardziej, że zewsząd otaczało go uwielbienie fanek. Młode dziewczyny oszalały na punkcie swego rówieśnika, dlatego każdemu jego wyjściu na scenę towarzyszył szalony pisk. Nic dziwnego, że popularność szybko uderzyła młodemu idolowi do głowy.

- Kiedy dostałem dowód osobisty do ręki, to zaczęła się ostra jazda bez trzymanki. Nikt za bardzo do niczego nie musiał mnie namawiać. Byłem młodym człowiekiem, który pracował z dorosłymi z dala od rodziców. Wydaje mi się, że spróbowałem już w życiu wszystkiego, poza jakimiś hardkorowymi narkotykami. Byłem wtedy panem świata - oczywiście tylko w mojej głowie – śmieje się w Onecie.

Po wydaniu pięciu płyt Dawid poczuł się wyeksploatowany. Dlatego postanowił wyhamować. Zmienił menedżera, zrobił sobie przerwę w nagraniach, przestał nieustannie imprezować. Potem przyszła pandemia. „Posadziłem kwiaty na balkonie i zacząłem się cieszyć mieszkaniem, w którym wcześniej tylko bywałem” – opowiadał potem. Szansę pokazania się od innej strony dała mu telewizja, dzięki której podbił serca widzów jako trener w „The Voice Kids”.

- Bardzo się ucieszyłem, kiedy zaproponowali mi, żebym był jednym z jurorów. Początkowo obawiałem się, że nie dam rady merytorycznie. A potem stwierdziłem, że „kurczę, ja swoją karierę zaczynałem cztery, pięć lat temu, czyli mam świeże informacje, jak to wszystko zacząć”. Stwierdziłem, że muszę iść w tę stronę i powiedzieć tym dzieciakom, jak to było, jak oni mogą zacząć – tłumaczy w serwisie Drezdenecka.pl.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.